Kohabitacja to wielkie wyzwanie

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-12-13 20:00

W polskiej historii data 13 grudnia na zawsze napiętnowana została stanem wojennym z 1981 r., chociaż kojarzy się również z kamieniem milowym po dobrej stronie mocy – w 2002 r. właśnie tego dnia na szczycie Rady Europejskiej (RE) w Kopenhadze rozstrzygnęła się akcesja Polski do Unii Europejskiej.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W zestawieniu z tamtymi wydarzeniami 13 grudnia 2023 r. to znaczeniowy pikuś, chociaż politycznie dzień na pewno niezwyczajny. Konstytucyjna formalność pod żyrandolem w Pałacu Prezydenckim, czyli wręczenie premierowi i ministrom aktów powołania oraz ich zaprzysiężenie, miała charakter wyjątkowy. Pierwszy raz w dziejach III RP zakończony został długi korowód tworzenia rządu stricte parlamentarnego, przy wyzerowaniu decyzyjności prezydenta. Andrzej Duda jako wierny syn PiS beznadziejnie i szkodliwie dla państwa forsował mający w Sejmie mniej niż zero szans wyrób rządopodobny Mateusza Morawieckiego.

To już przeszłość, natomiast dla przyszłości strategiczne znaczenie ma rozpoczęcie się na szczytach państwa okresu tzw. kohabitacji. Wywodzący się z łaciny termin oznacza współzamieszkiwanie, ale nie chodzi o jego znaczenie socjologiczne, czyli życie na kocią łapę. Politycznie to konieczność współistnienia prezydenta oraz rządu/parlamentu, wywodzących się z przeciwnych obozów politycznych. W ustrojach demokratycznych najbardziej znane są okresowe kohabitacje we Francji oraz Stanach Zjednoczonych, ale przecież i Polska od 1989 r. zebrała już bogate doświadczenia. Kohabitacja różnej długości zdarzyła się już pięć razy. Przypomnę okresy i strony rywalizacji: 1993-95 – Lech Wałęsa vs SLD-PSL; 1997-2001 – Aleksander Kwaśniewski vs AWS-UW; 2005 – Aleksander Kwaśniewski vs PiS; 2007-10 – Lech Kaczyński vs PO-PSL; 2015 – Andrzej Duda vs PO-PSL. Poza bardzo krótkimi epizodami nałożenia się kadencji w latach 2005 i 2015, trzy pozostałe okresy potrwały 2-4 lata. Bywało bardzo różnie, najmniej boleśnie dla państwa przebiegła konfrontacja/współpraca prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i premiera Jerzego Buzka – w 1999 r. przy pełnej zgodności wszystkich ośrodków władzy weszliśmy do NATO.

W środę rozpoczęła się szósta kohabitacja, spowodowana wynikami wyborów z lat 2020 i 2023. Andrzej Duda ma przed sobą jeszcze ponad 1,5 roku prezydentury. Potencjalnych punktów konfliktowych jest wiele. Te najbardziej zapalne to oczywiście podpisywanie/wetowanie ustaw, ewentualnie kierowanie ich prewencyjnie do Trybunału Konstytucyjnego. Relacja arytmetyczna w Sejmie powoduje, że każde weto jest równoznaczne z wyrokiem na ustawę. Notabene nie inaczej było także w epoce rządów PiS, gdy Andrzej Duda bardzo rzadko, ale czasem jednak robił partyjnym pobratymcom zaskakujące wetowe kawały...

Na przyszłą środę prezydent zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego (RBN). Z jego punktu widzenia to chwyt korzystny wizerunkowo, znacznie lepszy niż zwoływanie Rady Gabinetowej – czyli posiedzenia Rady Ministrów pod przewodem prezydenta – która jest organem pustym i wielką konstytucyjną pomyłką. RBN daje inną jakość, wszak w epoce PiS opozycja kilka razy wręcz żądała jej zwołania, ponieważ było to jedyne forum umożliwiające wymianę argumentów z przynajmniej teoretycznie zrównanych pozycji. Tym razem Andrzej Duda posiedzeniem RBN chce symbolicznie podkreślić swoje przewodnictwo w szeroko rozumianej polityce bezpieczeństwa i generalnie międzynarodowej. Zwłaszcza w tym drugim obszarze trudno jednak przypuszczać, by Donald Tusk z Radosławem Sikorskim trochę się posunęli i oddali decyzyjne pole. Na szczycie RE w Brukseli – w pierwszym jego dniu tematem były relacje UE z Bałkanami Zachodnimi – zostali przyjęci wręcz entuzjastycznie, gratulacje zbierali nie tylko ze środowiska Europejskiej Partii Ludowej. W kuluarach obrad powszechnie niosło się „no, nareszcie”.