W XVI-wiecznej Anglii nazwisko szanowanej pani domu poprzedzano tytułem "miss" lub "mrs". Ale już półtora wieku później słowami tymi określano prostytutkę — w najlepszym razie utrzymankę lub konkubinę — by po kolejnym półtora wieku rozróżniać pannę i kobietę zamężną.
Słowa w swym znaczeniu potrafią być równie zmienne i sprzeczne jak kobieta. I to nie tylko za kanałem la Manche. Równie stałe bywają opinie dotyczące polityków. Premier Donald Tusk (by trzymać się w dalszej części właściwej rangi stanowisk) opowiedział anegdotę z brytyjskiego parlamentu, jak to w trakcie debaty któryś z posłów skrajnie nieparlamentarnie określił zasłużoną Margaret Thatcher słowem na literę "k", które — tym nierozgarniętym wyjaśnię — przysługuje paniom świadczącym usługi w pozycji horyzontalnej. Riposta "żelaznej" pani premier była natychmiastowa — "popatrzcie na moją twarz. Czy z taką twarzą zarobiłabym chociaż pensa?".
Mistrzyni socjotechniki
W przeciwieństwie do byłej brytyjskiej pani premier, nasza dzisiejsza bohaterka — Julia Tymoszenko — jest równie piękna jak zmienna i pełna sprzeczności. Trzy razy piastowała urząd premiera Ukrainy.
Wyszła za mąż jako 18-letnia działaczka Komsomołu, a jej teść, co nie jest obojętne dla jej dalszej kariery, był ważnym urzędnikiem od wydawania licencji i pozwoleń. Działalność gospodarczą rozpoczęła od wypożyczalni wideo, by później zostać prezesem Zjednoczenia Systemu Energetycznego, kontrolującego 25 proc. gospodarki gazem. Sprzecz- ności są częścią jej natury. W CV Tymoszenko pojawiają się zarówno salony, jak i cela więzienna.
Jej ulubionym kolorem staje się biel, kojarząca się przecież z niewinnością i uczciwością, kapitulacją i harmonią, spokojem i neutralnością. Barwa ta doskonale podkreśla jej słowiańską urodę, ale też pozwala znakomicie zaistnieć na tle ciemnych garniturów polityków. Jest przecież mistrzynią socjotechniki.
Triumfująca kobiecość
Twardemu wnętrzu, któremu zawdzięcza opinię jedynego mężczyzny w ukraińskiej polityce, przeciwstawiła miękki wizerunek zewnętrzny. Dysponując nienaganną figurą i zwracającą uwagę urodą, stara się podkreślać swą kobiecość wszelkimi dostępnymi płci pięknej środkami. To dość niespotykane w polityce na takim szczeblu, by na oficjalnych spotkaniach występować w sukienkach czy w delikatnych, koronkowych bluzkach, golfach. Jeżeli kostiumiki, to o miękkich fakturach, kokieteryjnych długościach, zapinane nierzadko na naiwnie infantylne futrzane guziki wielkości orzechów włoskich. Nie ucieka od różu, puchatych faktur i kokard. Do tego delikatna blond grzywka, wąsko zarysowane łuki brwi nad piwnymi oczami, jasna, delikatna cera i długie, kobiece, o perłowej barwie paznokcie.
W kuluarach powtarza się niesprawdzone informacje o jej majątku sięgającym wielu miliardów dolarów. Zapewne dlatego unika drażniącej biedne społeczeństwo biżuterii, kojarzącej się z dorobkiewiczami. Na palcach i przegubach na ogół nie nosi niczego. Nawet obrączki czy zegarka. Jeżeli pojawiają się ozdoby, są to delikatne, niezwykle kobiece perły i to jedynie w uszach lub na szyi. Jej niezależność finansowa zapewnia niezależność polityczną, ale i możliwość korzystania z najlepszych projektantów — a to kosztuje.
Muza projektantów
Ubiera się w fasony niebanalne, o ciekawym kroju, stawiające ją wśród najlepiej ubranych kobiet świata polityki. Swą ukraińskość podkreśla jasnoblond, słowiańskimi włosami. Mało komu zdarza się stworzyć tak rozpoznawalny wizerunek inspirujący wielu projektantów — by wspomnieć pełne ukraińskich koronek kolekcje domów mody Prada czy Givenchy.
Nie sposób nie zgodzić się z wielkim Karlem Lagerfeldem, że "kobiety w polityce mają problem. Jeśli ubierają się zbyt modnie, nie są traktowane poważnie". Julia Tymoszenko na pewno nie ubiera się zbyt modnie, ale na pewno niezwykle kobieco, jak na twardy, męski świat, w którym występuje. To jej kokieteryjna pułapka na tych, którzy nie potraktują jej poważnie.
