Kolejna krucjata Kołodki przeciwko RPP i NBP

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2003-02-10 00:00

To, że w Polsce stopy procentowe są za wysokie, wie każde dziecko, nie mówiąc o dorosłych, a nawet ekonomicznych analfabetach. A jeżeli na chwilę zapomnieli, to natychmiast przypomni im o tym „niezależny ekonomista”, przy okazji, minister finansów, Grzegorz Kołodko.

Historia sporów między prawą i lewą stroną ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie, gdzie po jednej stoi gmach Ministerstwa Finansów, a po drugiej kompleks Narodowego Banku Polskiego, jest tak stara, jak niezależność banku centralnego. Trzeba jednak przyznać, że najbarwniejsze karty w historii tego konfliktu tradycyjnie już zapisuje autor „Strategii dla Polski”, dzięki której — to cytat z jego wypowiedzi — jedliśmy chleb, brakowało nam tylko igrzysk. Twierdząc, że ludzie po to płacą abonament telewizyjny, by móc go oglądać na ekranach telewizorów, minister Kołodko starał się więc jak mógł, by zapewnić nam igrzyska. Z reguły oglądaliśmy więc, szczególnie przed ośmiu, dziewięciu laty, jego potyczki z ówczesną prezes narodowego banku centralnego, Hanną Gronkiewicz-Waltz, w których napiętnował jej politykę pieniężną, tempo pełzającej dewaluacji (kto dziś pamięta, co to takiego), a szczególnie pryncypialnie politykę kształtowania stóp procentowych. W kwietniu 1995 roku (po miesięcznym spowolnieniu wzrostu cen) minister Kołodko, przy inflacji znacznie przekraczającej 20 proc., żądał — bezskutecznie — jednorazowej obniżki stóp o minimum 5 pkt procentowych.

Wydawało się jednak, że to już historia. W lipcu tego roku, obejmując urząd ministra finansów, zapowiadał poszanowanie niezależności banku centralnego i nieingerowanie w kompetencje Rady Polityki Pieniężnej. Po szeroko komentowanym przez polityków uratowaniu budżetu państwa przez prezesa Balcerowicza, który zwiększył wpłatę z zysku NBP o ponad miliard złotych, wydawało się, że konflikt to już historia. Ostatnia wypowiedź ministra, w której dostrzega miejsce na obniżenie stóp o 3 proc., narusza tę — jak się okazało — kruchą równowagę.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu ekonomiści, a tym bardziej „niezależni”, mogą mieć różne poglądy na tę samą sprawę, gdyby nie okoliczności. Otóż i wtedy, i teraz rozpętywanie szumu wokół wysokości stóp procentowych sprawia wrażenie poszukiwania tematu zastępczego. Co do ich wysokości można się oczywiście nie zgadzać, można dyskutować nad ich wpływem na koniunkturę, wartość złotego i kondycję naszego eksportu, ale trzeba uznać — na Boga — że tak jak wtedy polityka w zakresie stóp procentowych była zastrzeżona dla NBP, tak teraz odpowiada za nią Rada Polityki Pieniężnej — i żadne biadolenie nic tu nie pomoże. Kultowa już piosenka Wojciecha Młynarskiego mówi wyraźnie: Róbmy swoje. Może więc miast narzekać na Radę Polityki Pieniężnej (tym bardziej że to nic nie da) i inne rozliczne plagi egipskie, minister Kołodko mógłby skoncentrować się na tym, co od niego zależy, chociażby:

- uproszczeniu, i uczynieniu bardziej przyjaznym dla każdego z nas, systemu podatkowego

- uporządkowaniu, i spowodowaniu, by były bardziej przejrzyste, finansów publicznych.