I wygląda na to, że tak miało być. Trudno uznać kandydatury na wicemarszałków — Stefana Niesiołowskiego z jednej strony i Krzysztofa Putry z drugiej — za próbę tonowania nastrojów. Proponując tych, a nie innych polityków, obie partie chciały sprowokować rywala. Częściowo się udało.
Wojny nie ominęły Senatu, gdzie senatorowie Prawa i Sprawiedliwości są
oburzeni, że Platforma nie zagłosowała za ich kandydatem — Zbigniewem
Romaszewskim, człowiekiem o pięknym opozycyjnym życiorysie. To prawda, iż PO
niepotrzebnie uległa żądzy odwetu za to, że dwa lata temu PiS utrąciło
kandydaturę Stefana Niesiołowskiego. Warto też zauważyć, że o ile Romaszewski
dostał jednak kilka głosów od senatorów PO, o tyle w głosowaniu na marszałka
Bogdan Borusewicz, który też nie ma się co wstydzić swojego życiorysu, nie
dostał ani jednego głosu od PiS. Dla parlamentarzystów nieważne jest, co
kandydat sobą reprezentuje, ważne, która partia go rekomenduje.
Takie myślenie źle wróży nowemu parlamentowi. Jego eskalacja doprowadzi
do sytuacji, gdy PO nie poprze pomysłu podatku liniowego tylko dlatego, że
zgłosiło go PiS, a największa partia opozycyjna będzie protestować przeciwko
tarczy antyrakietowej, jeżeli obecny rząd poprze ten pomysł. Zabawa może być
przednia, chociaż trochę zbyt kosztowna.