Gdy politycy zaczynają dyskusje podatkowe, nieszczęście wisi w powietrzu.
Bo pojawiają się pomysły, by podatek Belki znieść tylko troszeczkę. To znaczy
podatek miałby być zniesiony od lokat bankowych, utrzymany w stosunku do zysków
z giełdy. W imię sprawiedliwości społecznej, rzecz jasna. Bo jakże to możliwe —
dziwią się politycy — by emeryt płacił podatek tak jak giełdowe rekiny. Argument
absurdalny, bo o oszczędnościach emerytów można było pomyśleć, wprowadzając
podatek. A warto przypomnieć, że na giełdzie inwestują nie tylko rekiny, ale też
płotki. Można odwrócić problem — czy sprawiedliwe będzie, gdy jakiś oligarcha
(modne ostatnio słowo) złoży na bankowej lokacie kilkaset milionów i będzie żył
z odsetek (bez podatku), a ciułacz zarabiający grosze na funduszu inwestycyjnym
będzie podatek płacił? Oczywiście politycy w takim przypadku wymyślą, że podatek
Belki powinien być progresywny. I wprowadzą ulgi prorodzinne. Będzie
sprawiedliwie.
Wojna o podatek Belki trwa już ładnych kilka lat i jak dotąd nie
przyniosła rezultatu. Nic też nie wskazuje na to, by została szybko
rozstrzygnięta. Pochłania za to czas i energię, które mogłyby być spożytkowane
na poważną dyskusję o kompleksowej reformie systemu podatkowego, a nie o
wycinkowych, doraźnych rozwiązaniach. Jedyny pożytek z obecnej dyskusji o
podatku Belki jest taki, że pokazuje ona dobitnie, jak politycy traktują
podatki. Instrumentalnie. Nie chodzi w niej o podatników, lecz o pognębienie
politycznych rywali. Dlatego ten podatek nie zostanie zniesiony. Za parę lat
znów będą wybory. I znowu będzie można obiecać jego zniesienie.