Prawo i Sprawiedliwość obstawało, że w komisji powinno zasiadać co najmniej siedmiu posłów. Platforma Obywatelska (ze wsparciem PSL i LiD) dowodziła, że wystarczy pięciu. Argumenty obu stron były równie mocne, co nieprzekonywujące. Teza marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, że pięcioosobowa komisja będzie sprawniej działać niż siedmioosobowa, może być prawdziwa, lecz trudna do udowodnienia w praktyce. Rozdzierające nawoływania PiS, że zaledwie pięć osób w komisji to zagrożenie dla demokracji, też brzmią mało poważnie, bo los polskiej demokracji nie zależy od obecności w jednej sejmowej komisji (nawet dość istotnej) dwóch dodatkowych posłów — jednego z PO i jednego z PiS. Podnoszona przez PiS sprawa partyjnych parytetów ma dla tej partii znaczenie jedynie prestiżowe.
Awantura zakończyła się zwycięstwem Platformy,
choć — jak się wydaje — trochę pyrrusowym, bo obrażone PiS zapowiedziało, że w
takim razie nie zgłosi do komisji swoich kandydatów. Bez przedstawiciela
największej partii opozycyjnej działanie tej komisji będzie ułomne. Mamy więc
pierwsze starcie triumfalizmu zwycięzców z rozgoryczeniem przegranych,
zakończone obstrukcją. Była to awantura o nic. Komisja równie dobrze mogła
liczyć pięciu, jak i siedmiu członków, Zaś kilka godzin spędzonych na dyskusji o
liczbie członków komisji można by poświęcić na dyskusję o modelu parlamentarnej
kontroli nad służbami. Z wypowiedzi polityków opozycji w poprzedniej kadencji
wynikałoby bowiem, że często ociera się ona o fikcję.
O tym, że ani PiS nie chce być konstruktywną
opozycją, ani PO tworzyć otwartego na współpracę rządu, świadczy też przypadek
posła Pawła Zalewskiego, byłego już wiceprzewodniczącego PiS. Prawo i
Sprawiedliwość obawia się, że posłowie tej partii będzie kierować zbyt małą
liczbą komisji. Teoretycznie więc ugrupowanie to powinno się ucieszyć, że PO
zaproponowała objęcie funkcji przewodniczącego komisji spraw zagranicznych
Pawłowi Zalewskiemu (który kierował nią w poprzedniej kadencji). PiS zagroziło
jednak, że gdy Zalewski przyjmie tę propozycję, zostanie wyrzucony z partii.
Inna sprawa, że propozycja była podstępna, bo jeżeli oddaje się kierowanie
komisją danej partii, to ona sama powinna wyznaczyć swojego kandydata. Skutek —
Paweł Zalewski nie będzie szefem komisji. A jego kompetencje i doświadczenie nie
miały w tej sprawie absolutnie żadnego znaczenia.
Największe partie w parlamencie od początku
kadencji prężą polityczne muskuły. Są tacy, co lubią oglądać pokazy
namaszczonych błyszczącymi olejami kulturystów, ale nawet oni nie mieliby żadnej
przyjemności z obserwacji tego sporu. Bo Schwarzeneggerów (politycznych
oczywiście) w tym Sejmie jak na lekarstwo. Politycy mogliby nam oszczędzić
widoku swoich muskułów (także politycznych).
Adam Sofuł, a.sofuł@pb.pl