Jeden przepis wyborów do Sejmu jest wyjątkowo arogancki wobec elektoratu, podkreśla wszechwładzę aparatów partyjnych, a wymyślony został wiele lat temu i zgodnie poparty przez całą klasę polityczną. Nie ma żadnego uzasadnienia logicznego czy moralnego przepis, że jeśli w połowie okręgów komitet zarejestruje listy poparte podpisami — to w drugiej połowie może rejestrować kogo chce, bez jakichkolwiek podpisów. Właśnie dzięki tej furtce mogli zostać w ostatniej chwili wstawieni na pierwszych miejscach list Prawa i Sprawiedliwości wicemarszałek Maciej Płażyński, rzecznik rządu Jan Dziedziczak czy agent (a dokładniej kontragent) Antoni Macierewicz. Traktowanie wyborców w terenie niczym podnóżka nie jest cechą tylko PiS — każda partyjna centrala zostawiła sobie do dyspozycji okręgi, do których mogła wrzucić jakiegoś aktywistę nawet w środę wieczorem.
Trudno się zatem dziwić, że polskie społeczeństwo z roku na rok postrzega wybory jako jedną wielką bekę dziegciu. Tylko z rzadka trafi się w niej łyżeczka miodu, jaką stało się na przyk-ład usunięcie z listy kandydatów dotychczasowego żelaznego posła PiS Tomasza Markowskiego — za oczywisty przekręt, czyli fikcyjne zameldowanie się w Bydgoszczy w celu pobierania ekwiwalentu za brak mieszkania w Warszawie. Wyciągnęły to media, standardową reakcją Markowskiego była zapowiedź pozwu sądowego — ale jego tupet okazał się za ciężki jak na wytrzymałość parasola ochronnego PiS. Jednak wcale byśmy się nie zdziwili, gdyby tak zasłużony towarzysz walki i pracy, ostatnio wiceszef komisji skarbu państwa, powrócił po wyborach jako wiceminister w tym resorcie — rzecz jasna jeśli rząd PiS się utrzyma.
Jacek Zalewski