Premier jest zbyt inteligentny, aby wierzył w to, co sam oznajmił w piątek — iż jego debata z konstytucjonalistami "daje realną szansę poprawienia polskiej konstytucji". Następnego dnia prezes Jarosław Kaczyński potwierdził trwanie PiS przy idei umocnienia, a nie osłabienia władzy prezydenta RP. W związku z tym opowieści Donalda Tuska o ustroju kanclerskim, osłabieniu weta prezydenta etc. to czyste mrzonki, jeśli uwzględni się arytmetykę w obecnym Sejmie. I na tej refleksji temat zmiany Konstytucji RP w roku 2010 wypadałoby zamknąć.
Osobiście mam w jej przepisach "faworytów", zasługujących na zmianę od ręki.
Na przykład w rozdziale X, zatytułowanym "Finanse publiczne". Naprawdę trudno
pojąć, czemu ostrożnościowy próg państwowego długu publicznego wobec wartości
rocznego produktu krajowego brutto ustawiony został na poziomie aż 60 proc. A
czemuż to nie 50 proc.? Dla ratowania finansów publicznych wszystkie
konstytucyjne i ustawowe progi, także dotyczące samorządu terytorialnego,
powinny zostać natychmiast obniżone. I inny przepis — w normalnym roku rząd
wnosi projekt budżetu do 30 września, ale czas pracy parlamentu założony jest na
cztery miesiące, czyli batem terminowym, grożącym skróceniem kadencji, jest
dopiero 31 stycznia. Konstytucja z góry zakłada spóźnianie budżetu państwa! To
przepis idiotyczny, terminem powinien być oczywiście 31 grudnia. Oto jedynie dwa
przykłady zmian prostych, niekonfliktowych politycznie, koniecznych, o których
jednak nie usłyszymy ani od Donalda Tuska, ani od braci Kaczyńskich.