Marszałek Bogdan Borusewicz zasadnie poprosił prezydenta o wyjaśnienie pojęć użytych we wniosku. To jedynie kurtuazja, ale na pewno będzie bardzo pomocna senatorom PO przy uzasadnianiu odrzucenia idei referendum.
Abstrahując od sporów merytorycznych, absolutnie koniecznym warunkiem frekwencyjnego powodzenia każdego referendum jest jasność zadawanego pytania, które musi być prawnie jednoznaczne oraz zrozumiałe nawet dla niewykształconego wyborcy. Wzorcem pozytywnym było referendum unijne z 2003 r., za to aż wstyd przypominać pytania bezmyślnego referendum uwłaszczeniowego z 1996 r.
W ostatnich dniach skażonym politycznie wnioskiem popisał się nie tylko
prezydent, ale też premier Donald Tusk — występując do Trybunału Konstytucyjnego
(TK) o rozstrzygnięcie sporu obu skonfliktowanych ośrodków władzy w sprawie
udziału w posiedzeniach Rady Europejskiej. W pytaniu głowa państwa została
sprowadzony do roli podmiotu, który musiałby uzyskać zgodę premiera na udział w
delegacji. Taka konstrukcja jest wystarczającym powodem, aby TK zrobił z
kompetencyjnym pytaniem premiera to samo, co Senat zrobi z referendalnym
wnioskiem prezydenta — czyli posłał je do kosza.