Dobrym przykładem tej spójności i zarazem niespójności jest kierunek
wschodni, gdzie i prezydent, i premier podjęli inicjatywy montowania zachodniego
przedmurza cywilizacyjnego pod przewodem Polski. W obu projektach uwzględnione
zostały trzy poradzieckie republiki bałtyckie, z tym że autorskim pomysłem
Donalda Tuska jest zbliżenie ich z niemrawą Grupą Wyszehradzką, konikiem Lecha
Kaczyńskiego zaś jest otaczanie politycznym łukiem Rosji, wspólnie z Ukrainą i
Gruzją. Co do Ukrainy, to premier ma własny plan współpracy, który zostanie
przedstawiony na czerwcowej Radzie Europejskiej w Brukseli.
Nieustanna rywalizacja obu ośrodków władzy zdecydowanie deprecjonuje
wartość takich przedsięwzięć, jak odbywający się jutro w Warszawie szczyt
polsko-francuski. Został on mocno okrojony i nie realizuje idei jednoczesnego
spotkania zarówno głów państw, jak i premierów. Wymyślił to pod koniec swojej
kadencji Aleksander Kwaśniewski, dysponujący prezydenckim rządem Marka Belki — i
zrealizował tylko raz, trzy lata temu w Arras. Powtórna okazja nadarzała się w
czasach rządów PiS, ale bracia Kaczyńscy jej nie wykorzystali. Obecnie podwójny
szczyt jest niemożliwy, dlatego realnie ograniczy się do spotkania obu
prezydentów.
Największa nawet szorstkość polskiej kohabitacji nie uzasadnia
kompromitującej sytuacji, że wystąpiły trudności w zorganizowaniu spotkania
prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego również z premierem Donaldem Tuskiem. Przecież
politycznym i dyplomatycznym standardem wszelkich wizyt państwowych jest zasada,
że gospodarzami pobytów prezydentów i premierów są ich odpowiednicy, ale zawsze
i wszędzie odbywają się również kurtuazyjne spotkania „na krzyż”.