W polskiej historii sobotnia tragedia porównywalna jest tylko z katastrofą w Gibraltarze 4 lipca 1943 r. Wtedy dla zniewolonego okupacją społeczeństwa śmierć premiera Władysława Sikorskiego i jego najbliższego otoczenia oznaczała utratę nadziei. Dzisiaj znajdujemy się w zupełnie innej sytuacji, ale śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz blisko stu innych osób wręcz poraża skalą tej ofiary. Świat nie zna przypadku, aby w czasie pokoju – a nawet i w czasie wojny – w jednym momencie zginęli: głowa państwa i zarazem zwierzchnik sił zbrojnych oraz sześciu najważniejszych dowódców.
W takich chwilach wszelkie górnolotne słowa stają się puste, większą wartość ma kilka refleksji osobistych. Otóż w ciągu minionej dekady na skrzydłach obu rządowych Tupolewów 154M z biało-czerwonymi szachownicami obleciałem niemal cztery razy równik. Zajmowałem stały fotel w ogonie, znałem każdą szparę, wiedziałem gdzie przy toalecie ukryta jest wtyczka z napięciem 220 V, do której można podłączyć laptopa… Trzy lata temu właśnie tym samolotem z numerem 101, który rozbił się w Smoleńsku, uczestniczyłem w wyprawie najdalszej w jego dziejach, niemal poza granicę wytrzymałości maszyny średniodystansowej – aż do Nowej Zelandii i Australii. Notabene pasażerem tegoż właśnie samolotu raz był Jan Paweł II, wracający z Polski do Watykanu.
Możemy się tylko domyślać, dlaczego kapitan Arkadiusz Protasiuk wybrał lądowanie przy bardzo słabej widoczności, zamiast skierować się na lotnisko zapasowe lub zawrócić. Czuł bardzo silną presję, albowiem wybór wariantu ostrożnego uniemożliwiłby w praktyce prezydentowi udział w uroczystościach w Katyniu. Mnie zaś decyzja o wykonaniu takiej tragicznej w skutkach szarży wcale nie zaskakuje. Dobrze pamiętam pewien lot – z premierem Leszkiem Millerem – gdy na Okęciu położyła się mgła i mieliśmy przymusowo lądować w Krakowie, a potem tłuc się po nocy autokarem. Dowódca postanowił jednak „spróbować” Warszawy, przy aplauzie wszystkich lecących! Wtedy pierwszym światłem, jakie w mleku za oknem w ogóle zobaczyłem, było… oświetlenie pasa na Okęciu. Tamtego wieczoru rządowy Tupolew był jedyną maszyną, która siadła w Warszawie, żadna linia cywilna się nie odważyła.
Ale pamiętam również sytuację z podchodzenia do międzylądowania z premierem Markiem Belką w chińskim Czengdu. Już zostały wypuszczone koła, gdy na ziemi położyła się tak gęsta mgła, że wystawały z niej tylko czubki drzew – więc Tupolew został nagle poderwany i na granicy zapasu paliwa poleciał godzinę dalej na zapasowe lotnisko w Kunming. Czengdu zostało wtedy natychmiast zamknięte dla lądowań, co w minioną sobotę w Smoleńsku nie nastąpiło.
W środę 7 kwietnia miałem okazję przyjrzeć się feralnemu lotnisku w Smoleńsku, i z powietrza, i z poziomu jego płyty. Praktycznie jest to baza wojskowa klasy naszego Mirosławca, w którym dwa lata temu rozbiła się wojskowa Casa. Przy obu katastrofach zabrakło systemu ILS (Instrument Landing System), sprowadzającego samolot niczym po świetlnym promieniu w warunkach ograniczonej widzialności i niskiej podstawy chmur. Przy dobrej pogodzie z siadaniem w Smoleńsku nie ma problemu – i taka trafiła się 7 kwietnia temu samemu Tupolewowi z premierem Donaldem Tuskiem. Za to w sobotę 10 kwietnia od rana było fatalnie…
Zszokowane społeczeństwo stawia pytanie: czemu aż tylu ważnych funkcjonariuszy państwa leciało w jednym samolocie? Odpowiedź jest prosta: bo nadarzała się szczególna okazja i popyt na ten lot był nadzwyczajny. Pięć lat temu podobnie okazale prezentowała się lista pasażerów wspólnie lecących na pogrzeb Jana Pawła II, nie było tylko tylu generałów. Notabene kilka razy zdarzyło mi się uczestniczyć we wspólnym locie prezydenta i premiera – zarówno Aleksandra Kwaśniewskiego z Leszkiem Millerem, jak i Lecha Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. Konstytucyjna logika wyklucza podróż prezydenta jedną maszyną nie z szefem rządu, ale z marszałkiem Sejmu – i takie przypadki się nie zdarzały.
Spośród 96 ofiar tragedii w Smoleńsku osobiście znałem kilkanaście, ale wcale nie chodzi o tych z najwyższej półki. W Katyniu premier Donald Tusk wpadł na świetny pomysł, aby w przemówieniu skoncentrować się na losach jednej zamordowanej w 1940 r. pilotki – Jadwigi Lewandowskiej. Dla mnie jej odpowiednikiem na liście ofiar katastrofy Tupolewa jest skromna 25-letnia stewardesa Justyna Moniuszko. Zawsze pamiętała, że o herbatę proszę nie w małej filiżaneczce, ale w większym przezroczystym kubku. Skończyła studia inżynierskie i kontynuowała magisterskie na kierunku lotnictwo na strasznie ciężkim dla dziewczyny politechnicznym Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa. W 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego zatrudniła się, by mieć stałą powietrzną praktykę – bo kochała latać…