Niedzielna debata była sygnałem, że w tegorocznej kampanii prezydenckiej wątki gospodarcze będą na peryferiach. I nie ma sensu nad tym lamentować, albowiem tak wskazuje duch i litera Konstytucji RP. Przecież uprawnienia głowy państwa w obszarze gospodarki są zminimalizowane. Tzw. domieszka prezydencka istotna jest tylko w obszarze finansów i sprowadza się do: wystawiania kandydata na prezesa NBP, powoływania trzech członków Rady Polityki Pieniężnej oraz hipotetycznego karania parlamentu za spóźnienie budżetu. W innych kwestiach gospodarczych rola prezydenta ogranicza się wyłącznie do wetowania ustaw. To wskazówka, o co naprawdę warto pytać kandydatów.
Folklorem przedwstępnej fazy kampanii stało się żądanie Tomasza Nałęcza, aby
debata kandydatów lewicowych — czyli jego samego, Jerzego Szmajdzińskiego i…
Andrzeja Olechowskiego — obowiązkowo była transmitowana przez TVP w takim
wymiarze, jak widowisko PO. Ależ profesor Nałęcz nie musi żądać, zarówno stacja
publiczna, jak i prywatne bez nakazu wrzuciłyby lewicową debatę na anteny. Tyle
że do niej… nigdy nie dojdzie, albowiem pomysłodawca jest lekceważony przez
wymienionych w jego wniosku rywali.