Dodatni bilans tygodnia sięgający 4,5% w przypadku wskaźnika największych
spółek i ponad 5% dla indeksu szerokiego rynku, może być powodem do zadowolenia
i patrzenia
z optymizmem w najbliższą przyszłość. Trzeba tylko uważać, by z
tym optymizmem nie przesadzić. Czasy wciąż są niepewne i inwestowanie przypomina
stąpanie po kruchym
lodzie. Środowa zwyżka indeksów była najbardziej
dynamiczna od 19 lutego, czyli od początku obecnej fali wzrostowej. Oby nie był
to znak jej końca, ale z większą korektą
należy się liczyć.
W tym tygodniu bardzo dobrze spisywały się akcje banków. Indeks tego sektora
zyskał nieco ponad 5%, ale przy zdecydowanie malejących obrotach. Na drugim
miejscu
znalazła się telekomunikacja. Tu zwyżka wskaźnika sięgała niemal
3,3% (obroty też mocno spadły). Do łask inwestorów wracają papiery firm
spożywczych. Wskaźnik
charakteryzujący koniunkturę spółek tej branży
zwyżkował o 3,6% przy rosnących obrotach. Subindeks WIG Budownictwo zyskał
niewiele ponad 2%, ale warto zauważyć,
że utrzymuje dodatni bilans już piąty
tydzień z rzędu. Najsłabiej spisują się od dwóch tygodni firmy informatyczne.
Trzeba też zwrócić uwagę, że wcale nie gorzej niż indeks największych
spółek i szerokiego rynku, radzą sobie wskaźniki firm małych i średnich.
Indeks średniaków
mWIG40 zyskał niemal 6%, podobnie jak wskaźnik
najmniejszych firm.
Wydarzeniem tygodnia były jednak potężne wzrosty notowań naszych dwóch
koncernów paliwowych. W ciągu jednej sesji akcje Lotosu i PKN Orlen zyskały po
14-15%.
W przypadku gdańskiej rafinerii zwyżka była kontynuowana w podobnej
skali jeszcze przez kolejną sesję. Powodem tak wielkich wzrostów była zapowiedź
przejęcie obowiązku
utrzymywania obowiązkowych rezerw paliw przez mającą do
tego celu powstać specjalną agencję rządową. Musiałaby ona odkupić paliwa od
tych dwóch spółek, które uzyskałyby
z tego tytułu sporo gotówki i pozbyłyby
się kłopotliwego obowiązku.
Europa
Na głównych parkietach w Europie tydzień przebiegał dość spokojnie, a
czwartkowa sesja była wręcz nudna. Piątek dostarczył więcej emocji, niestety
raczej negatywnych. Skasował zyski z czterech sesji niemal o połowę. Najwięcej,
prawie 2,7% zyskał niemiecki DAX, nieco gorszy był wskaźnik giełdy francuskiej,
zyskując 1,7%.
Najsłabiej zachowywał się londyński FTSE, który zdołał zdobyć
jedynie 1,15%. Patrząc z nieco dłuższej perspektywy, na wszystkich tych
trzech rynkach sytuacja jest bardzo
podobna. Od 9 marca znajdują się w
trendzie wzrostowym i na razie nic mu nie zagraża. Do pokonania szczytów z
połowy lutego mają jeszcze bardzo daleką drogę i można się
spodziewać, że
nie będą w stanie jej przebyć bez korekty.
Sporą werwą wykazywał się indeks węgierskiej giełdy, zwyżkując o ponad 4%, mimo sporych gospodarczych i politycznych zawirowań. Znacznie mniej zdecydowanie poczynał sobie czeski PX50, zwyżkując o około 2%. Sytuacja na pozostałych giełdach naszego regionu była bardzo podobna.
USA
Amerykańskie giełdy kontynuowały marsz w górę. W tym tygodniu
(liczonym od czwartku do czwartku) Dow Jones zyskał 7%, S&P ponad 6%, a
Nasdaq niemal 7%. Wzrost następuje mimo publikacji kiepskich wciąż danych
makroekonomicznych, świadczących, że tamtejsza gospodarka nadal przeżywa spore
kłopoty. To już jednak inwestorom, przynajmniej na razie, zdaje się nie
przeszkadzać. Pojedyncze symptomy oprawy, czy choćby tylko wskazujące, że tempo
pogarszania się sytuacji słabnie, wywołują optymizm. O optymizmie długo mówiło
się z nadzieją i powątpiewaniem, dominowały czarne scenariusze spadku kluczowego
dla technicznej analizy rynku i wyciąganych z niej wniosków, indeksu
S&P500 do poziomu 400-500 punktów (w tym drugim przypadku nazwa wskaźnika
byłaby w pełni adekwatna do sytuacji). Takie zagrożenie było całkiem realne. Do
tej pory zresztą nie brakuje prognoz wieszczących
dojście do tego właśnie
poziomu. I wcale nie są one nieprawdopodobne. Choć spadek S&P o 40 czy 50%
trudno dziś sobie wyobrazić, to wykluczyć go nie można.
Po
wydarzeniach ostatnich kilkunastu miesięcy wyobraźnia inwestora powinna być o
wiele bardziej elastyczna. Ale też coraz częściej pojawiają się prognozy
mówiące, że indeks ma
szanse zwiększyć swoją wartość do 1000 punktów (czy
ktoś jeszcze pamięta, że zaledwie 12 miesięcy temu sięgała 1400 pkt?). I ma
szanse. Brakuje mu „tylko" 167 punktów, czyli 20%. To nie jest jakaś
nieprawdopodobna skala. Warto zauważyć, że przy akompaniamencie niedawnych
pesymistycznych opinii, indeks od 9 marca do 26 marca wzrósł o 25%, odrabiając
sporą część tegorocznych strat. Gdyby przyjąć „formalne" kryteria giełdowe,
należałoby powiedzieć, że mamy hossę! Oczywiści należy pamiętać, że to
wciąż „hossa w bessie", ale też trzeba mieć świadomość, że i w czasie
długoterminowych trendów spadkowych da się zarobić na wzrostach cen akcji.
W niemal identycznej sytuacji, jak S&P, znajdują się pozostałe główne indeksy amerykańskiego rynku. Optymistom i wypatrującym sygnałów poprawy w gospodarce można zwrócić uwagę, że o wiele lepiej od pozostałych indeksów radził sobie ostatnio wskaźnik koniunktury w transporcie (DJ Transport), który zyskał w tym tygodniu aż ponad 8%. Z tego można wnioskować, że po amerykańskich drogach wozi się już coś więcej, niż tylko biliony dolarów. Ciekawe jest również zachowanie Dow Jones Utilities, wskaźnika obrazującego stan firm użyteczności publicznej. Zwykle w czasie bessy zachowuje się on lepiej, niż pozostałe branże. Ostatnio należy do najsłabszych indeksów na Wall Street. Piątkowy początek sesji przyniósł spadki głównych indeksów o około 1,5 %.
Azja
Bardzo dobrze radziły sobie ostatnio giełdy azjatyckie. W ciągu tygodnia najwięcej zyskał indeks giełdy w Hong Kongu (ponad 9%), a Japoński Nikkei niewiele mu ustępował (wzrost o 8,6%). W porównaniu z nimi dużo słabiej prezentował się chiński Shanghai B-Share (zwyżka tylko o ponad 5%). Ale indeks giełdy w Szanghaju jest w zupełnie innej sytuacji, niż te poprzednie. Znajduje się w silnym trendzie zwyżkowym już od końca października ubiegłego roku, a Nikkei dopiero próbuje odrobić straty z tego roku, podobnie, jak Hang Seng. Ta sztuka udała się natomiast wskaźnikowi giełdy Koreańskiej.
Jest jednak mało prawdopodobne, by wzrosty tak silne, jak ostatnio, mogły być w Azji kontynuowane bez jakiejkolwiek korekty. Gospodarki większości tamtejszych krajów są w opłakanym stanie, ale też słyną z dynamiki i elastyczności. Wyjątkiem jest w tym przypadku Japonia, która elastyczność swojego przemysłu zapodziała gdzieś po drodze. Z tej niegdysiejszej potęgi gospodarczej i wzoru dla reszty świata, płyną wciąż bardzo złe wieści. Potężnie spada produkcja przemysłowa i eksport. Wychodzenie z kryzysu może tu potrwać o wiele dłużej. Teraz Japonia jest wzorem, jak długo może trwać recesja i stagnacja gospodarcza? A o reformach jakoś tam nie słychać.
Rosja
Na moskiewskiej giełdzie kolejny tydzień sporych wzrostów. Tamtejszy indeks RTS zyskał 8%. Trudno jednak oceniać perspektywy tego parkietu, mocno uzależnionego od sytuacji na rynkach surowcowych. Rosyjskie koncerny paliwowe planują kilkunastoprocentowe redukcje wydatków na inwestycje, produkcja w gospodarce spada, a rząd przewiduje po raz pierwszy od dziesięciu lat deficyt w budżecie. Jeśli dodać do tego niestabilność rosyjskiej gospodarki i systemu finansowego, to powstaje mieszanka niezbyt optymistyczna.
Rosja co prawda dysponuje ogromnymi, liczącymi 376 mld dolarów rezerwami walutowymi (największymi po Chinach i Japonii), ale mogą one szybko stopnieć, gdy pojawią się kłopoty. Wiceprezes rosyjskiego banku centralnego Aleksie Uljukajew stwierdził ostatnio, że Rosja najostrzejszą fazę kryzysu ma już za sobą, ale jednocześnie zapowiedział kontynuację obniżania stóp procentowych. Z kolei Peter Aven, prezes Alfa Banku jest zdania, że w Rosji mogą z powodu złych długów zbankrutować setki małych banków.
Rynek walutowy
Na światowym rynku walutowym w tym tygodniu było nieco spokojniej, niż poprzednio, gdy doszło do znacznego osłabienia amerykańskiej waluty (z 1,3 do niemal 1,37 dolara za euro). Wahania głównej pary od ubiegłego czwartku mieszczą się w przedziale od 1,34 do 1,37 dolara za euro. Zmienność nastojów jest jednak spora. Dowód na to mieliśmy w piątek, gdy amerykańska waluta wzięła odwet, powracając w okolice 1,33 dolara za euro. Patrząc z perspektywy kilku dni, zmiany w ramach tego przedziału wydają się niewielkie, ale waluty często w trakcie kilku godzin obijają się o jego skrajne krawędzie. To świadczy o tym, że sytuacja jest wciąż dość nerwowa i niepewna. A to oznacza ryzyko, bo trudno określić kierunek ewentualnej zmiany, a jej skala może być pokaźna.
Mieliśmy tego przykład w środę, gdy doszło do krótkotrwałych, ale gwałtownych zmian relacji euro i dolara. Jak się okazało, ich powodem była wypowiedź sekretarza skarbu USA Tiothy Geithnera, który komentując chińskie plany wprowadzenia globalnej waluty, stwierdził, że nie wyklucza takiej możliwości. Reakcja inwestorów na tego typu impulsy świadczy o ich wielkiej nerwowości. Wypowiedzi o potrzebie zastąpienia dolara, jako głównej waluty rozliczeniowej i dominującego składnika rezerw walutowych większości państw świata, były już wcześniej kilkukrotnie formułowane. Najczęściej przez Rosję i Chiny oraz państwa arabskie. Obecne plany i deklaracje są równie mgliste, jak poprzednie. Deklaracja Geithnera nie miała żadnego oficjalnego znaczenia. Choć powstanie takiej globalnej waluty oczywiście nie jest nieprawdopodobne, szczególnie gdy przyjdzie czas na zastanowienie się nad nowym porządkiem finansowego świata po obecnym kryzysie, jednak to perspektywa tak odległa, że rynki nie powinny się nią przejmować. Warto wspomnieć, że proces dochodzenia do wspólnej waluty w Europie trwał ponad 20 lat.
Spośród głównych walut najbardziej niestabilny jest ostatnio brytyjski funt. Po trwającym od początku roku znacznym osłabieniu brytyjskiej waluty wobec dolara i euro, od połowy marca obserwujemy dość silna korektę tej tendencji. Jednak w ostatnich dniach funt znów słabnie. Stosunkowo spokojnie zachowuje się węgierski forint. Stan tamtejszej gospodarki jest fatalny, prognozy jeszcze gorsze, a premier ogłosił zamiar dymisji. Po szoku na początku marca, gdy za euro trzeba było płacić nawet 315 forintów i prognozach, że będzie jeszcze drożej, sytuacja się ustabilizowała i Węgrzy mogą wymieniać około 300 forintów na jedno euro.
Nasza waluta zachowuje się ostatnio dość stabilnie, jeśli spojrzeć na to z nieco dłuższej perspektywy. Pozostaje mniej więcej w połowie dystansu między tegorocznym minimum i maksimum. Skracając perspektywę od połowy marca utrzymuje się w przedziale 3,3 do 3,4 zł za dolara i do piątku skutecznie broniła się przed wpadnięciem poza górną jego granicę. W ostatnim dniu tygodnia za dolara trzeba było płacić już 3,46 zł. Ta zmiana może mieć poważne konsekwencje, przynajmniej krótkoterminowe.
Bardzo podobnie przebiegają relacje złotego wobec euro. Można tu było obserwować również kilkudniową stabilizację. Kurs euro oscylował wokół poziomu 4,54 zł, a wahania nie przekraczały kilku groszy w ciągu dnia. W piątek skoczyły do 4,61 zł. Co ciekawe, na notowania złotego nie wpłynęła znacząco decyzja Rady Polityki Pieniężnej o obniżeniu stóp procentowych o 0,25 punktu procentowego. Wpływ na to, co będzie się działo na rynku walutowym może mieć natomiast decyzja EBC, która zostanie podjęta w czwartek. Obniżka stóp będzie osłabiać euro wobec dolara, co może wpłynąć niekorzystnie na złotego. To – wraz z piątkowymi wydarzeniami - może na dłużej wpłynąć na sytuację naszej waluty. W przypadku franka także mieliśmy do czynienia z niewielkimi wahaniami, sięgającymi około 5 groszy, jednak w piątek szwajcarska waluta przebiła poziom 3 zł. i pod koniec dnia trzeba było za nią płacić 3,04 zł.
Rynek surowców
Na rynku surowców tydzień upłynął bez większych zmian. Notowania ropy naftowej gatunku Brent ustabilizowały się na poziomie 51-53 dolarów za baryłkę, po wcześniejszym wzroście o około 10 dolarów, licząc od połowy marca do ubiegłego poniedziałku. Ta stabilizacja to efekt informacji o rosnących zapasach surowca w Stanach Zjednoczonych. Popyt na ropę, a co za tym idzie wzrost jej cen, mogą pobudzić korzystne informacje z globalnej gospodarki. Na to jednak się nie zanosi.
Niewielkim wahaniom ulegała cena złota. Po spadku na początku tygodnia do poziomu poniżej 920 dolarów za uncję, w czwartek nastąpił wzrost do niemal 940 dolarów, a w piątek powrót do 925 dolarów za uncję. Z punktu widzenia analizy technicznej, w długim okresie na wykresie notowań złota tworzy się formacja wskazująca na możliwość zaatakowania poziomu 1000 dolarów za uncję. Byłoby to jednak bardziej prawdopodobne w przypadku znacznego pogorszenia się sytuacji na giełdach lub nadejścia kolejnych złych informacji dotyczących gospodarki.
Platyna odrabia konsekwentnie potężny spadek cen, jakiego doświadczyła w ubiegłym roku (z około 2200 dolarów do 750 dolarów za uncję). W tym tygodniu wzrost był znacznie bardziej umiarkowany, niż w poprzednim. Od 18 marca cena tego metalu wzrosła o około 10%, sięgając w piątek 1140 dolarów za uncję.
Zdecydowanie rośnie cena miedzi. W piątek przekroczyła poziom 4 tys. dolarów za tonę. Od początku roku miedź podrożała o ponad jedną trzecią.
Wieści z rynku
Rada Polityki Pieniężnej już po raz piąty z rządu obniżyła stopy procentowe.
Po tej decyzji główna stopa spadła z 4 do 3,75% i jest najniższa w
historii. Od początku serii
obniżek podstawowe stopy procentowe zmalały o
ponad jedną trzecią. W nieco większej skali obniżyła się też rynkowa cena
pieniądza. Koszt kredytów w bankach zdecydowanie
nie nadąża za tymi
zmianami. Należy jednak liczyć, że banki wkrót