Komu zagraża niebezpieczny produkt

Sylwia WedziukSylwia Wedziuk
opublikowano: 2013-06-26 00:00

Regulacje dotyczące odpowiedzialności za produkt niebezpieczny rodzą wiele wątpliwości, dlatego nietrudno je wykorzystać przeciwko przedsiębiorcom. Trzeba się mieć na baczności

Najsłynniejszy kubek do kawy na świecie to ten, dzięki któremu pewna Amerykanka dostała od McDonald’s ćwierć miliona dolarów odszkodowania. Kawa była gorąca, a ostrzeżenie na kubku nie dość rzucające się w oczy.

Śladem USA

W Polsce pewnie żaden sąd nie wpadłby na pomysł, żeby zasądzić odszkodowanie za gorącą kawę, którą ktoś przez własną nieuwagę poparzył sobie nogi. Ale faktem jest, że standard ochrony polskich konsumentów znacząco zmienił się w ostatnich czasach przez nowe przepisy prawa unijnego, a także niespotykaną dotychczas aktywność regulatorów rynku.

— Poziom świadomości prawnej konsumentów wzrasta, a ponadto na rynku rośnie liczba adwokatów i radców prawnych specjalizujących się w niszowych dotychczas sprawach — zauważa Ewa Rutkowska, adwokat i partner w kancelarii Baker & McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy.

W USA sprawy typu konsument kontra korporacja to dla prawników łakomy kąsek.

— Wielu prawników liczy, że segment odpowiedzialności za produkt niebezpieczny rozwinie się u nas podobnie jak w Stanach i większość spraw będzie się kończyła ugodami. Firmy niechętnie angażują się bowiem w długotrwałe procesy — mówi Marcin Kolasiński, radca prawny w Baker & McKenzie.

Jednak w Polsce wcale nie tak łatwo wygrać podobną sprawę. Aby uzyskać odszkodowanie, trzeba udowodnić szkodę i wykazać związek przyczynowy pomiędzy nią i danym zdarzeniem. Ale groźniejsza niż odszkodowanie jest skaza na wizerunku, nawet gdy sprawa zostanie wszczęta bezpodstawnie. Zazwyczaj w mediach pojawia się tylko informacja o wszczęciu postępowania i wysokich roszczeniach zawartych w pozwie. Natomiast samo zakończenie postępowania, kiedy pozew uznawany jest za bezpodstawny lub zasądzane jest odszkodowanie w niewielkiej wysokości, już nie powoduje takiego szumu i mało kogo interesuje.

Niejasne przepisy sprzyjajà nadużyciom

Regulacje dotyczące odpowiedzialności za produkt niebezpieczny niewątpliwie są ważnym elementem systemu prawnego, bo służą ochronie konsumentów przed niebezpieczeństwami, jakie mogą czyhać z powodu używania produktów posiadających groźne wady. Znaczenie tych regulacji rośnie, ale zarazem rośnie też ryzyko ich nadużyć. Sprzyja temu coraz większa liczba konsumentów, różnorodnych produktów i to, że trafiają one dzisiaj do wielu zakątków świata. Nadużyciom sprzyjają także przede wszystkim wątpliwości wynikające z niejasnych przepisów.

W zakresie odpowiedzialności za produkt niebezpieczny działają dwa reżimy.

— Pierwszy to reżim odpowiedzialności cywilnej za szkody wyrządzone przez produkt niebezpieczny. Tu na podstawie kodeksu cywilnego konsument może przed sądem cywilnym dochodzić odszkodowania od producenta. Drugi to reżim administracyjny oparty na przepisach ustawy o ogólnym bezpieczeństwie produktów. Nakłada on określone obowiązki na producentów i innych uczestników łańcucha dystrybucyjnego, a także daje kompetencje nadzorcze prezesowi UOKiK — tłumaczy Ewa Rutkowska.

W pierwszym przypadku sytuacja jest dość jasna.

— Przepisy precyzyjnie wskazują, kto ponosi odpowiedzialność w zakresie odpowiedzialności cywilnej za szkodę spowodowaną przez produkt niebezpieczny. Głównym odpowiedzialnym jest producent, a jeśli nie można ustalić, kim jest, odpowiada ten, kto był najbliżej konsumenta — czyli sprzedawca. Może on jednak zwolnić się z odpowiedzialności, wskazując swoich poprzedników w kanale dystrybucji — mówi Agnieszka Braciszewska, radca prawny w Norton Rose.

Jej zdaniem, wątpliwości mogą się pojawić przy odpowiedzialności w przypadku produktów, które są dystrybuowane pod inną marką niż swojego producenta.

Problemem jest także choćby ustalenie, czy produkt ma cechy produktu niebezpiecznego. Definicja ustawowa zawiera nieostre kryteria. O to, żeby wszystko było w porządku, musi zadbać przedsiębiorca.

— Jedną z podstaw dla uznania produktu za niebezpieczny może być jego niewłaściwa prezentacja. W pojęciu tym mieszczą się zarówno rodzaj opakowania oraz ekspozycja towaru, jak i instrukcje określające sposób korzystania z produktu, jego konserwacji, napraw oraz informacje i ostrzeżenia dołączone do produktu. Za ich brak albo nieodpowiednią formę lub treść odpowiedzialność może ponosić producent. Treść owych wskazówek i ostrzeżeń będzie determinowana przede wszystkim przez prawdopodobieństwo niewłaściwego i niebezpiecznego wykorzystania produktu, stopień zagrożenia oraz krąg podmiotów, do których informacja jest kierowana — wylicza Sebastian Kordowski, adwokat i wspólnik w kancelarii prawnej NWS Adwokaci.

Nie wiadomo, co robi

Wątpliwości rodzi także m.in. definicja wprowadzenia produktu na rynek. Szczególne znaczenie ma to w przypadku międzynarodowych firm.

— Jeżeli firma sprzedaje produkty z zagranicy do Polski, to klienci pytają nas, czy wprowadzeniem do obrotu jest sprzedaż przez podmiot zagraniczny do spółki zależnej w Polsce, czy dopiero sprzedaż z tej spółki do pierwszego podmiotu poza grupą kapitałową — tłumaczy Ewa Rutkowska.

Przepisy nie zawierają też precyzyjnych wskazówek, jakie konkretne działania w przypadku uznania produktu za niebezpieczny są na pewno wymagane przez prawo. UOKiK pozostawia wybór.

— Przedsiębiorca, w stosunku do którego prowadzimy działania, ma możliwość wyeliminowania zagrożeń stwarzanych przez produkt w wyznaczonym przez prezesa UOKiK terminie. Wówczas ma wybór i może sam zdecydować, które z działań z jego punktu widzenia będą najbardziej efektywne — mówi Małgorzata Kozak, wiceprezes UOKiK.

Ustawa też wiele nie podpowie.

— Ustawa o ogólnym bezpieczeństwie produktów zawiera listę opcji działań, jakie można podjąć w takiej sytuacji, ale ostateczna decyzja należy do przedsiębiorcy. Jeśli jednak działania te okażą się niewystarczające, może się to skończyć karą dla przedsiębiorcy. To na tę niepewność wyboru najodpowiedniejszego rozwiązania najczęściej narzekają nasi klienci — zauważa Marcin Kolasiński.

Stąd też przedsiębiorcy często nie wiedzą, co dokładnie powinni zrobić w sytuacji, kiedy ich produkt okaże się niebezpieczny albo wyrządzi komuś szkodę.

— Okazuje się, że praktyka jest bardzo różna — jeden robi tak, drugi inaczej — twierdzi Marcin Kolasiński.

Strzały w kolano

Podobne wątpliwości powodują różne, nie zawsze racjonalne, zachowanie firm. Zdarza się na przykład, że nadmiernie zapobiegliwie decydują się „na wszelki wypadek” na najbardziej radykalny krok, czyli wycofanie produktu z rynku, kiedy jest zagrożenie, że zostanie on uznany za niebezpieczny. Choć być może wystarczyłoby tylko ostrzeżenie konsumentów.

Coraz chętniej też zgłaszają się do UOKiK, kiedy pojawia się ryzyko, że produkt ma wady.

— Przedsiębiorcy, którzy dostrzegą jakikolwiek problem z produktem, chętnie zgłaszają się do nas dobrowolnie. W 2012 r. dobrowolnych zgłoszeń było 93, a do 14 czerwca br. 37 — mówi Małgorzata Kozak.

Jednak w wielu przypadkach przedsiębiorcy sami sobie szkodzą, nie pamiętając o odpowiednim zabezpieczeniu pod kątem prawnym.

— Zapominają choćby, że jeśli działają na zagranicznych rynkach, to za produkty tam wprowadzane też są odpowiedzialni, a zatem powinni znać tamtejsze prawo i praktykę dotyczące odpowiedzialności za produkty niebezpieczne. Powinni to przeanalizować jeszcze przed wejściem na inne rynki — uważa Marcin Kolasiński.

Trzeba się orientować

A z obecną sytuacją można sobie radzić głównie wiedzą i odpowiednim przygotowaniem.

— Warto orientować się w regulacjach dotyczących produktów niebezpiecznych, ich niedoskonałościach i zagrożeniach, jakie mogą stwarzać. Warto też znać swoje prawa i obowiązki. Odpowiednie zabezpieczenie i wiedza, jaka broń okaże się skuteczna w sytuacji krytycznej, mogą firmie oszczędzić wielu problemów — radzi Marcin Kolasiński.