Kondycja budownictwa wcale nie jest zła

Aleksander Paszyński
opublikowano: 1999-10-07 00:00

Aleksander Paszyński: Kondycja budownictwa wcale nie jest zła

OGROMNE UPROSZCZENIE: Branża budowlana bardzo często jest kojarzona wyłącznie z mieszkaniówką — uważa Aleksander Paszyński. fot. Małgorzata Pstrągowska

Gdyby przypadkowego przechodnia w dowolnym mieście i na dowolnej ulicy poprosić o wskazanie dziedzin gospodarki, które najgorzej przechodzą procesy transformacji, to bez wątpienia obok rolnictwa czy górnictwa, wymieni budownictwo. Jeśli tak sądzi przeciętny zjadacz chleba — trudno. Zaskakuje natomiast, że dość podobne opinie padają z ust decydentów, którzy powinni czytać choćby ekonomiczne kolumny gazet codziennych, nie wspominając o lekturach cokolwiek głębszych. Ale zostańmy nawet przy tych gazetowych. Oto np. wyniki budowlanych spółek giełdowych po pierwszym — złym przecież — półroczu.

ZDECYDOWANA większość z 39 spółek budowlanych obecnych na rynku publicznym wypracowała zysk netto — cytuję za „Rzeczpospolitą”. Współczynnik rentowności kapitałów własnych (15,1 proc.) wyższy jest tylko w branży wydawniczej. Co ważne, branża budowlana jako jedna z dwóch poprawiła swój przeciętny zwrot na kapitale.

PROSZĘ zwrócić uwagę, że mowa o pierwszym półroczu, które dla budownictwa, niezależnie od ogólnej sytuacji gospodarczej, zawsze jest gorsze od drugiego. To zresztą nie pierwszy pomyślny sygnał o kondycji branży; od kilku już lat osiąga ona rezultaty lepsze od wielu innych. Właściwie tylko instytucje finansowe i usługi wykazują korzystniejsze wskaźniki rentowności. Widać to choćby na warszawskiej giełdzie, na której liczba firm budowlanych rośnie najszybciej.

SKĄD WIĘC taka różnica między potocznymi ocenami sytuacji budownictwa a rejestrowaną rzeczywistością? Wynika ona, jak sądzę, z ciągłego kojarzenia branży z jednym wycinkiem jej działalności — z mieszkaniówką. Co więcej — tylko z jednym fragmentem sektora mieszkaniowego, jakim jest nowe budownictwo. Tymczasem nawet w latach siedemdziesiątych, a więc w czasach dla mieszkań pozornie najlepszych — ta dziedzina budowlanej aktywności reprezentowała nie więcej niż 17-18 proc. ówczesnych zadań inwestycyjnych. Dziś, właśnie ze względu na utrzymujący się niski poziom nowego budownictwa, ta reszta jest relatywnie większa.

ZNÓW rzecz na pierwszy rzut oka budzić może zdziwienie. Przecież nie budujemy tylu nowych fabryk, dróg czy mostów, by ta „reszta” mogła zapewnić dostatnie życie firmom budowlanym. To prawda. Po prostu obok spektakularnych obiektów wznoszonych w Warszawie i kilku innych większych miastach, decydującym zajęciem budowlanych stały się modernizacje, zarówno duże, jak i te małe. One prowadzone są wszędzie, tak na wsi, jak i w miastach, nawet tych najmniejszych.

BY JEDNAK nie upraszczać sobie zadania, zostanę w sektorze mieszkaniowym. W pierwszej fazie procesy modernizacyjne objęły partery budynków, przekształcając sklepy i inne lokale usługowe w salony lśniące aluminium i szkłem. Druga, znacznie już mniej widoczna, ale o znacznie większej skali, faza rozegrała się za zamkniętymi drzwiami lokali mieszkaniowych. Wywołała ją prywatyzacja, czyli wykup lokali, a także ulga podatkowa. We własne mieszkanie, które stało się towarem, warto oczywiście inwestować, przebudowywać, adaptować strychy itp. Wystarczy gazetowy przegląd notowań cen materiałów budowlanych, by stwierdzić szybszy ich wzrost niż wzrost wskaźnika inflacji. Zadziałał popyt i rynek.

NA KONIEC wróćmy do przedsiębiorstw budowlanych. Proszę znów o rzut oka na dowolny komunikat giełdowy i nazwy firm w nim figurujące. W większości są to nazwy nowe firm nie istniejących przed dziesięciu laty. To też tajemnica sukcesu. Dawni potentaci, głównie broniący starych pozycji, przegrali; zamiast nich pojawili się nowi bądź utrzymali się ci, którzy szybko umieli (i chcieli) dostosować się do zmienionych warunków działania.

TO ZRESZTĄ odnosi się nie tylko do przedsiębiorstw budowlanych.

Aleksander Paszyński jest prezesem Korporacji Przedsiębiorstw Budowlanych Uni-Bud, byłym ministrem budownictwa.