Podejmowane przez Sejm kolejne uchwały dotyczące prywatyzacji nie są jedynym obszarem konfrontacji parlamentu z rządem. Niestety, po raz pierwszy w III Rzeczypospolitej polem zażartych sporów wewnętrznych stała się także polityka zagraniczna. Najnowszym wątkiem jest kwestia reparacji wojennych, które Sejm uważa za możliwe do wyegzekwowania od Niemiec, natomiast rząd ocenia je jako całkowitą abstrakcję. Akurat dzisiaj premier Marek Belka będzie konferował na ten temat z kanclerzem Gerhardem Schröderem. Piątkowe spotkanie szefa rządu z przewodniczącymi sejmowych klubów potwierdziło różnice zdań.
Do tego samego konfrontacyjnego nurtu wpisuje się nieprzyjęcie przez Sejm informacji Rady Ministrów o udziale Polski w pracach Unii Europejskiej podczas pierwszych dwóch miesięcy naszego członkostwa, czyli za prezydencji irlandzkiej. Termin „odrzucenie” byłby tu nie na miejscu, albowiem wynik głosowania brzmiał 208:208. Głównym powodem podziału izby poselskiej dokładnie na pół było uzgodnienie przez premiera na brukselskim szczycie Traktatu Konstytucyjnego UE, uznawane przez opozycję za kapitulację Polski.
W klasycznym ustroju parlamentarno-gabinetowym, z definicji nie jest możliwe nierealizowanie przez rząd polityki narzuconej przez parlament. Rzecz w tym, iż ustrój nadany Polsce w roku 1997 przez Konstytucję nie jest czysty — w zasadzie parlamentarno-gabinetowy, ale ze znaczącą domieszką prezydencką. Najbardziej jaskrawym przykładem było formowanie obecnego rządu — Sejm dostał szansę w drugim etapie legislacyjnej ścieżki, ale okazał się kompletnie niewydolny i się poddał, a potem lewicowa koalicja strachu rzutem na taśmę zatwierdziła gabinet prezydencki. W związku z tym uprawnienia obecnego Sejmu do wytyczania rządowi Marka Belki reguł polityki — wszystko jedno, prywatyzacyjnej czy zagranicznej — są bardzo wątpliwe.