Podobnie jak wcześniejszy plan, uchwalony w zeszłym tygodniu przez Izbę, również obecny nie ma szans na zatwierdzenie w Senacie. Większość mają tam Demokraci, którzy oświadczyli już, że go odrzucą. Weto zapowiedział także prezydent Barack Obama.
Plan GOP, przedstawiony przez republikańskiego przewodniczącego Izby
Johna Boehnera, przewiduje podniesienie limitu zadłużenia tylko o tyle, żeby
pozwolić na dalsze zaciąganie pożyczek przez rząd przez najbliższe pół roku,
czyli o mniej więcej bilion dolarów. O podobną sumę miałby zostać zmniejszony
deficyt budżetowy drogą cięć wydatków rządowych przez następne 10 lat.
Dalsze cięcia wydatków i kolejne podniesienie pułapu długu, wynoszącego
obecnie 14,3 biliona dolarów, musiałoby zatem nastąpić już w styczniu przyszłego
roku.
Biały Dom i Demokraci oświadczyli, że rozłożenie całego procesu na dwa
etapy jest nie do przyjęcia, gdyż stwarza sytuację niepewności, szkodliwą dla
gospodarki. Krytycy Obamy uważają jednak, że chodzi głównie o względy polityczne
- w przyszłym roku odbywają się wybory i prezydent nie chce, by odnowienie sporu
o wydatki rządowe utrudniało mu reelekcję.
Demokraci przedstawili swój własny projekt rozwiązania problemu limitu
zadłużenia. Według niego, podniesiono by go od razu o 2,7 biliona dolarów. Plan,
zaprezentowany przez lidera demokratycznej większości w Senacie Harry'ego Reida,
przewiduje redukcję deficytu w drodze zmniejszenia wydatków o około 2,4 biliona
dolarów. Republikanie uznali go za niewiarygodny, m.in. dlatego, że do cięć
wydatków zaliczono także oszczędności na kosztach wojny w Afganistanie rzędu
około biliona dolarów - w sytuacji gdy trudno je dziś oszacować.
Demokraci mają większość w Senacie, ale niewystarczającą do przełamania
obstrukcji parlamentarnej (filibuster) przez Republikanów - potrzeba do tego
minimum 60 głosów na 100. Oznacza to, że nawet w Senacie plan Reida skazany jest
na odrzucenie.
Tymczasem w czwartek już tylko pięć dni dzieli USA od daty wyznaczonej
przez administrację Obamy jako ostateczny termin podniesienia dotychczasowego
limitu zadłużenia, by rząd mógł zaciągać dalsze pożyczki na spłatę swoich
rachunków. Chodzi tu o takie należności jak np. wypłaty emerytur, rent i innych
świadczeń socjalnych oraz spłatę poprzednich pożyczek poprzez wykup obligacji
skarbowych USA.
2 sierpnia bowiem - jak twierdzi rząd - kończą mu się rezerwy budżetowe,
tzn. dochody z podatków nie starczą na bieżące spłaty należności. Perspektywa
niewypłacalności USA może doprowadzić do obniżenia ratingu ich wiarygodności
kredytowej i wywołać panikę na rynkach finansowych.
W czwartek wielkie banki amerykańskie, m.in. Goldmann Sachs Group Inc. i
JPMorgan Chase&Co., wezwały obie strony konfliktu do kompromisu w imię
zażegnania kryzysu. "Konsekwencje braku działania - dla naszej gospodarki, dla
rynku pracy, dla sytuacji finansowej amerykańskich przedsiębiorstw i rodzin oraz
amerykańskiego przywództwa ekonomicznego na świecie - będą bardzo poważne" -
ostrzegli prezesi banków.
Z kolejnym apelem o porozumienie zwrócił się do Republikanów rzecznik
Białego Domu, Jay Carney. Podkreślił on, że czwartkowe głosowanie w Izbie
Reprezentantów nad planem Boehnera nie ma praktycznego znaczenia i jest tylko
czystym "aktem politycznym".
Jednak według niezależnych źródeł, dochody z podatków ostatnio były
większe, niż oczekiwano, co pozwoliłoby na pewne przesunięcie terminu
podniesienia pułapu długu.
Obserwatorzy przewidują, że możliwe jest porozumienie w ostatniej chwili.
Taką nadzieję wyraził w czwartek także rzecznik Carney. Poza bowiem rozłożeniem
podniesienia pułapu zadłużenia na dwa etapy, plan GOP w istocie nie różni się
znacznie od planu Demokratów, co jest wyrazem ustępstw poczynionych przez obie
strony.
Oba plany nie przewidują przede wszystkim podwyżek podatków jako sposobu
redukcji deficytu, ani obowiązkowych cięć najbardziej popularnych programów
rządowych, jak emerytury federalne i ubezpieczenia zdrowotne dla biednych i
ludzi starszych (Medicare).