Koniec negocjacji w 2002 r., toteż weźmy się do pracy

Mira Wszelaka
opublikowano: 2001-06-18 00:00

Koniec negocjacji w 2002 r., toteż weźmy się do pracy

Osiągnięcia szczytu Unii Europejskiej w Göteborgu można interpretować na wiele sposobów. Nie ma jednak co ukrywać, że mimo chwilami dramatycznego przebiegu obrad, przewodnicząca w tym półroczu Unii Europejskiej Szwecja odniosła sukces. W kuluarach mówiło się wręcz o formie szantażu wobec uczestników szczytu, o którego szczegółach nikt nie chciał mówić. Göran Persson, premier Szwecji przyznał jedynie, że niezwykle silne naciski polityczne nie pozostawiały zbyt dużego pola manewru.

Tymczasem zarówno Niemcy jak i Francja długo nie chciały wyjść poza ogólne deklaracje. Co więcej, oficjalnie odmówiły uściślenia terminu zakończenia negocjacji z najlepiej przygotowanymi kandydatami tłumacząc, że robią to w interesie Polski. Tok rozumowania, który usiłowali narzucić pozostałym członkom Unii oraz wmówić jego sens kandydatom był niezwykle prosty. Jak tłumaczyli, Polska mogłaby nie zdążyć z zakończeniem negocjacji, jeśli wyznaczy się zbyt wczesną datę. Wtedy też moglibyśmy zostać pominięci przy pierwszej fali rozszerzenia UE. W ten oto sposób nieskore do deklaracji największe państwa Unii próbowały złożyć ogólne zapewnienie, że proces poszerzenia będzie kontynuowany.

Sukces Szwedów w Göteborgu zakłóciły jednak masowe demonstracje antyglobalistów. Jak się okazało ten spokojny, cywilizowany kraj nie był zupełnie przygotowany do stawienia oporu około dwudziestotysięcznej grupie chuliganów. Nie pomogło postawienie w stan gotowości wszystkich sił policyjnych państwa, które na czas szczytu sprowadzono do Göteborga. W ulicznych starciach pozbawiona możliwości użycia gazów łzawiących oraz armatek wodnych policja okazała się bezradna. Zapału protestujących nie ostudził nawet nieustannie siąpiący deszcz. Sytuacja na tyle wymknęła się spod kontroli, że gospodarze zdecydowali się czasowo zawiesić porozumienie z Schengen o swobodnym przepływie osób wprowadzając zaostrzone kontrole graniczne.

Po szczycie pozostał zapis w dokumencie końcowym, zgodnie z którym najlepiej przygotowani kandydaci będą mogli zakończyć negocjacje z Unią do końca 2002 r. tak by już jako członkowie Wspólnoty mogły wziąć udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. Umieszczenie takiego zapisu przełożyło się także na sukces Polski oraz innych państw kandydujących.

Teraz, kiedy Polska ma już wyznaczony cel, nie ma co oglądać się za siebie i marnować czas na jałowe dyskusje, kiedy wejdziemy do tej Unii i czy aby na pewno zdążymy. Nie ma sensu rozważać, czy prowadzone przez Polskę twarde negocjacje nie opóźnią całego procesu i czy w nowych, czasowych ramach Unia nie zastosowała jakiejś pułapki. Nie należy jednak ulegać złudzeniom, które mogą wykrzywić rzeczywisty obraz. Nie zapominajmy, że Polska jest największym krajem kandydującym, o największym potencjale gospodarczym. Obrona kluczowych interesów narodowych jest konieczna. Utrzymując twardy kurs walczymy przecież o jakość członkostwa, a nie jego datę.

Tak naprawdę to nie liczba zamykanych rozdziałów negocjacyjnych ale rzeczywiste przygotowania do naszego członkostwa w UE ma decydujące znaczenie. W tych — jak przyznają sami przedstawiciele Komisji Europejskiej — jesteśmy liderem. Jednak jeśli rzeczywiście koniec 2002 r. ma zakończyć cały proces negocjacji, weźmy się do pracy i udowodnijmy, że na wszystkich płaszczyznach rzeczywisty proces dostosowań idzie pełną parą. A do obrony żywotnych interesów każdy ma prawo.

Polska była na ustach wszystkich zebranych na unijnym szczycie. Nie tylko dlatego, że wyznaczono najważniejszą dla niej datę, ale także z powodu europejskiego tournee Georga W. Busha. Unijni decydenci ciekawi byli przede wszystkim przesłania, z jakim amerykański prezydent miał przybyć do naszego kraju.

mimo różnicy zdań, spotkanie należy uznać za sukces myślenia w kategoriach europejskich. Raz jeszcze — a prawdopodobnie nigdy tak silnie — państwa UE zadeklarowały, że nie widzą wspólnoty bez Polski.