Konieczne jest przyspieszenie

opublikowano: 31-10-2014, 00:00

wypada odnotować, że dzisiaj o północy kończy się dekada José Manuela Barroso na czele Komisji Europejskiej (KE)

Statystyczny obywatel Unii Europejskiej na pewno się z tego powodu nie wzrusza, a większość nawet nie ma o tym wydarzeniu pojęcia — ale wypada odnotować, że dzisiaj o północy kończy się dekada José Manuela Barroso na czele Komisji Europejskiej (KE). Okres ten prawie pokrywa się z naszą przynależnością do UE, dlatego dla Polaków właśnie portugalski polityk stał się personalnym symbolem „Brukseli”, dającej pieniądze, ale zarazem mnożącej regulacyjne absurdy. Bliższa wiedza o przewodniczącym KE nie była jednak nikomu potrzebna, w pewnym sensie był on postrzegany jak „biały ojciec w Waszyngtonie” przez amerykańskich Indian.

José Manuel Barroso
Bloomberg

Portugalski premier przeskoczył w 2004 r. na fotel szefa gabinetu unijnego trochę przypadkiem. Po wzajemnym zablokowaniu się rywali ambitnych i zadziornych poszukiwano kandydata, którego najważniejszą cechą byłaby potulność wobec unijnych potentatów. I właśnie Barroso, który w swoim kraju premierem był dopiero dwa lata, okazał się idealny dla przywódców Niemiec i Francji. Jego pozycja nowicjusza była zdecydowanie inna niż np. przejmującego od soboty stery KE luksemburskiego i unijnego weterana Jeana-Claude’a Junckera.

A także Donalda Tuska, który w momencie wyboru na przewodniczącego Rady Europejskiej (RE) był trzecim pod względem stażu uczestnikiem tych szczytów. Notabene reelekcja Barroso nas drugą pięciolatkę zdecydowana została w 2009 r. podczas konwentyklu Europejskiej Partii Ludowej w Warszawie, przy bardzo aktywnym udziale naszego premiera. Portugalczyk to zapamiętał i w tym roku zrewanżował się Donaldowi Tuskowi silnym zakulisowym wsparciem.

Podsumowując drugą kadencję, José Manuel Barroso zorganizował pożegnalną konferencję prasową.

Kilka jego tez miało wydźwięk niemal… rewolucyjny, oczywiście jak na unijne standardy. Dość silnie zaakcentował konieczność odbiurokratyzowania UE oraz podniósł problem nadmiernych regulacji, ba, zadeklarował nawet chęć walki z nimi. Taka postawa jest często spotykana wśród decydentów żegnających się z władzą. Naturalne jest wtedy pytanie: a co pan, panie były, zrobił w tej sprawie, gdy pociągał pan za sznurki? Z regularnych pobytów przy rondzie Schumana w latach 2004–14 najlepiej pamiętam rozkwit kolejnych szklistych gmachów dla pęczniejących dyrekcji generalnych, czyli unijnych resortów. Przy czym uczciwie trzeba przyznać, że przewodniczący KE nie ma żadnego wpływu na utrzymanie zasady, że każde państwo członkowskie UE musi mieć swojego komisarza. Z punktu widzenia sprawności zarządzania tworzenie fikcyjnych tek jest paranoją.

Dekada 2004–14, po rozszerzeniu UE w sumie aż o 13 państw, na pewno nie była łatwa. Wspólnota musiała zmierzyć się z kryzysem globalnym, który przyszedł z Ameryki, oraz zapaścią własnej strefy euro. Wychodziła z tych dołów z wielkimi problemami, ale jednak się wygrzebała. José Manuel Barroso samokrytycznie przyznał, że ważne wspólnotowe decyzje zapadały zbyt wolno. Po takiej ocenie jako obywatele UE powinniśmy sobie zatem życzyć, by w nowej kadencji nastąpiło odczuwalne przyspieszenie. Czy jest to w ogóle realne? Pytanie raczej retoryczne…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane