Konkretna kobieta jest

Wojciech Surmacz
10-11-2006, 00:00

Nie dla niej gadka szmatka. Tylko zdrowy rozsądek i polityczna intuicja.

Bez patosu.

„Puls Biznesu”: Co ta pani kampania wyborcza taka uboga?

Hanna Gronkiewicz-Waltz: Staramy się dużo nie wydawać. Trzymamy się przepisów. Miejmy nadzieję, że moi kontrkandydaci rozliczą się z tych wyborów. Bo skala niektórych kampanii naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie — ulice pełne bill- boardów, klatki schodowe ulotek.

To ile pani wydała na autopromocję?

Każdy kandydat na prezydenta Warszawy ma taki sam limit, czyli 500 tys. zł na wszystkie działania. To nie jest wcale dużo, jeśli wziąć pod uwagę koszty zdjęć, spotów reklamowych itp.

Najpierw przegraliście z PiS wybory parlamentarne, potem prezydenckie. Przyszła kolej na samorządowe — do trzech razy sztuka? Wyciągnęliście wnioski z poprzednich kampanii?

Wyciągnęłam jeden podstawowy: trzeba się stanowczo przeciwstawiać kłamstwu. Niedawno Marcinkiewicz stwierdził, że przeze mnie w Białołęce trzykrotnie zdrożeje woda. Złożyłam w sądzie pozew. Trzeba na takie pomówienia reagować. Oczywiście sędzia odrzucił mój wniosek. Ale będzie apelacja, bo Kazimierz Marcinkiewicz skłamał. PiS skłamał.

Na czym to kłamstwo polega?

Na przerażającej przewrotności. Mówią: czyny, nie słowa. Przecież to czcza gadanina. Czego dokonała Gilowska? Nic nie zrobiła w finansach publicznych. Religa? Też się tylko kręci, niczego nie zmienia. Ziobro? Łapie ludzi, a potem się okazuje, że to chybiona decyzja. Przykład Wąsacza mówi sam za siebie.

Jakie błędy Platforma popełniła w minionych kampaniach?

Powiem panu szczerze, że akurat nie zastanawiałam się nad błędami PO, ponieważ w Warszawie z PiS wygraliśmy.

Ile pani głosów dostała w stolicy?

Prawie 140 tys.

Taki wynik dałby w tych wyborach zwycięstwo?

O nie!

A jaki?

Wszystko zależy od frekwencji. Myślę, że tak naprawdę trzeba by zdobyć poparcie 250 tys. mieszkańców.

A jaka będzie frekwencja?

Między 40 a 30 proc.

Pytam o takie detale, bo na ogół wszystko, co pani mówi w „PB”, się potwierdza. W styczniu tego roku powiedziała pani, że wybory prezydenta stolicy będą na jesieni, a nie na wiosnę (jak się zapowiadało), że Warszawa będzie miała taki typowo marketingowy zarząd komisaryczny, że Jarosław Kaczyński zostanie premierem i zawiąże koalicję z Lepperem. Wszystko się potwierdziło. Prorok czy co?

Polityczna intuicja i prawidłowa ocena na pozór chaotycznych i nieprzewidywalnych zachowań PiS-u.

Myśli pani, że premier Kazimierz Marcinkiewicz był od początku swojego urzędowania planowany na prezydenta Warszawy?

Myślę, że planowano kandydatów, którzy by potrafili odessać elektorat Platformy. Dwie osoby wchodziły w grę: Gilowska i Marcinkiewicz.

Na czym polega fenomen Kazimierza Marcinkiewicza? Dlaczego padło na niego?

Nikomu się nie naraża, jest elastyczny i mówi ludziom to, co chcą usłyszeć. Potrafi obiecywać. Można by powiedzieć, że żaden z kandydatów na urząd prezydenta stolicy tyle nie da, ile Kazimierz Marcinkiewicz naobiecuje. Ludzie mają marzenia i lubią słuchać warszawskich fantazji byłego premiera z Gorzowa. Nabierają się na te opowieści.

Pani ludzi nie nabiera?

Jestem kobietą konkretną. Nie dla mnie takie pustosłowie. Nie jestem typem osoby, która gada po to, żeby gadać.

Marek Borowski powiedział w „PB”, że każdy zdrowo myślący człowiek wie, czego Warszawie potrzeba i nie ma sensu się licytować. Według niego każdy kandydat pierwsze dziesięć postulatów ma pewnie takich samych, a też hierarchia podobna. Zgadza się pani z tą tezą?

Borowski jak zwykle przesadził. Aczkolwiek nie ulega wątpliwości, że z powodu inwestycyjnego zaniechania PiS-u w stolicy każdy będzie mówił o mostach, problemach komunikacyjnych itd. Wiele elementów z tej litanii wyborczej Marcinkiewicza i Borowskiego już Stefan Starzyński zaplanował. Ale nie sztuką jest mówić, czego Warszawie potrzeba, trzeba wiedzieć, jak tego dokonać. Borowski chętnie w ślad za mną przyjął koncepcję decentralizacji stolicy. A przecież to SLD i UW chciały centralizacji władzy w Warszawie, podczas gdy ja zawsze uważałam, że stolica powinna być związkiem gmin. Na początku lat 90. napisałam z profesorem Piekarą ustawę o ustroju miasta stołecznego Warszawy, zakładającą związek gmin. Marcinkiewicz to dzisiaj podchwycił.

Podkradanie pomysłów?

Bardziej typowa propaganda. Przecież gdyby chciał zmienić ustrój stolicy, to mógł jej statut z radnymi PiS-u zmodyfikować. Nie zrobił tego. Dzisiaj tłumaczy, że chciał, ale oni nie. Jeśli on nie ma wpływu na radnych PiS-u, to na co on może mieć wpływ? On chce miastem rządzić? Przecież to kpina jakaś. No i ta jego koncepcja menedżerska. Naprawdę bycie przez dziewięć miesięcy premierem to żadne wykształcenie menedżerskie.

Myśli pani, że biznesplan dla Warszawy Kazimierza Marcinkiewicza jest realny?

Jego lista pobożnych życzeń jest rzeczywiście najdłuższa. To zwykłe działanie na wyobraźnię — po prostu PR. Problemy trzeba rozwiązywać po kolei. Przede wszystkim trzeba mieć fundusze, ale nie tylko unijne. Należy ściągać inwestycje prywatne. Ja umiem to robić i tym się różnię od Marcinkiewicza.

Konkretnie: jak pani to chce zrobić?

Jest mnóstwo instrumentów. Na przykład obligacje przychodowe. Czyli zaangażowanie środków prywatnych w połączeniu z funduszami unijnymi. Takie obligacje miało wyemitować swego czasu miejskie przedsiębiorstwo wodociągów, kiedy jeszcze wspólnie z EBOiR mieliśmy realizować projekt budowy oczyszczalni ścieków Czajka.

Zdaje pani sobie sprawę, że właśnie taka retoryka do wyborców nie trafia?

No, to się ludzie po raz kolejny rozczarują. Trudno. Każdy Polak podejmuje decyzje wyborcze na własną odpowiedzialność. Nie będę nikomu bajek opowiadać. W tym najlepszy jest PiS.

Lech Kaczyński po wejściu do ratusza zwolnił ponad 700 osób. Ile pani zwolni?

Nigdy tego nie planuję. Zawsze patrzę, czy ktoś jest kompetentny i uczciwy. Nie zamierzam odzyskiwać miasta z punktu widzenia wyrzucania ludzi i przyjmowania nowych. Chociaż przypuszczam, że część tych, którzy przyszli z Lechem Kaczyńskim, nie jest zbyt wydajna. Rezultaty widać po sposobie załatwiania spraw w magistracie. Na pewno się przyjrzę nominacjom politycznym. Przecież w PiS zawsze hołdowano zasadzie „mierny, ale wierny”.

A ile pomników pani postawi?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Pomniki stawia się na wniosek różnych organizacji społecznych.

Przy całej krytyce rządów Lecha Kaczyńskiego w Warszawie na plus zaliczyła mu pani budowę Muzeum Powstania Warszawskiego.

Byłabym obłudna, gdybym twierdziła inaczej. Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego nikt wcześniej nie wystąpił z taką inicjatywą. Borowski też się cieszy, że powstało muzeum. Ale milczy o tym, że gdy był ministrem finansów, nie mógł znaleźć na nie pieniędzy. Choć akurat właśnie wtedy obchodzono okrągłą, 50. rocznicę powstania.

Dyżurna kwestia — tzw. układ warszawski. Dziw bierze, że nikt pani nie podszczypuje z tego powodu.

A co mają szczypać? Przecież to ja ten układ — bardzo nie lubię tego słowa — wyczyściłam. Doprowadziłam do tego, że osoby, które współpracowały z Piskorskim, zostały zniechęcone do funkcjonowania w PO w tej czy innej formie. Nie znalazły się na listach do parlamentu — a miały aspiracje, teraz na listach samorządowych też ich nie ma. Dlatego wytykanie mi układu warszawskiego byłoby bardzo grubymi nićmi szyte. Tym bardziej że ten układ do ostatnich dni swego istnienia, wspierał Lecha Kaczyńskiego.

Kazimierz Marcinkiewicz proponuje IV RP, Marek Borowski — Rzeczpospolitą Warszawską, a pani co proponuje?

Proszę mi nie zawracać głowy frazesami. Proponuję normalną stolicę europejską na miarę XXI wieku. To moje aspiracje. Nie mam zamiaru ich szufladkować.

Marcinkiewicz nawet nie myśli kategoriami przegranej, Borowski najpierw powiedział, że jak przegra, to się wyśpi, potem się z tego wycofał w wywiadzie dla „PB”. A pani?

W ogóle o tym nie myślę. Polityka jest moją pasją, chęcią działania. Chciałabym rządzić Warszawą, bo uważam, że się na tym znam, że będę umiała rozwiązać problemy, że jestem decyzyjna i potrafię zorganizować dobry zespół. Do tego będę dążyła. Ale nie jest to dla mnie kwestia życia i śmierci. Jak przegram, to świat mi się na głowę nie zawali. Prowadzę normalny tryb życia.

Od 30 lat wykładam na Uniwersytecie Warszawskim. Jestem szefem katedry prawa gospodarczego i bankowego na Wydziale Prawa.

Nie powie pani, że to wszystko z miłości do Warszawy?

Ale ja to naprawdę robię z miłości do Warszawy. To miasto wymaga kobiecej opieki i troski.

Ale jakoś pani nie epatuje byciem warszawianką.

Ze względu na ludzi z zewnątrz. Nie chcę ich dotykać. Przecież większość moich znajomych to ludzie, którzy tu po prostu zostali po studiach. Urodziłam się w Warszawie, pamiętam ją od dziecka. Miasto, które ciągle odżywa.

ň propos zespołu ludzi, których zechce pani wprowadzić do ratusza. Dlaczego milczy pani w tej kwestii jak zaklęta?

Powiem o tym w drugiej turze, bo to ludzie, którzy wciąż gdzieś pracują.

Czyli nie jest pani pewna siebie?

To nie kwestia pewności siebie, tylko lojalności wobec ludzi. Dopóki sprawa się przynajmniej częściowo nie wyklaruje, nie będę o tym mówiła. Mam specjalistów od samorządu i finansów. Jesteśmy dogadani, to poważni ludzie. W odpowiednim momencie ujawnię ich nazwiska.

Ma pani jakiś sposób na to, by nie powtórzyć casusu Tuska w drugiej turze? Sondaże pokazują…

Sondażami specjalnie się nie ekscytuję. Ludzie często w ostatniej chwili zmieniają zdanie. Oczywiście pokazują jakieś ogólne trendy, więc nie są zupełnie bezwartościowe. Mogę powiedzieć tylko tyle, że mamy koncepcję na drugą turę. Zobaczymy, czy będzie skuteczna. Miejmy nadzieję, że tak.

Jakie będzie pani ostatnie słowo w tej kampanii wyborczej?

Bez patosu. Jeśli ludzie chcą żyć w zdrowym mieście, niech głosują na mnie.

Jutro Święto Niepodległości. Myśli pani, że mimo ciszy wyborczej PiS uderzy nieczysto w konwencji parawyborczych wystąpień?

PiS już tyle razy łamał konwencje wyborcze, że teraz też użyje wszelkich możliwych metod. Pytanie: czy ludzie po raz kolejny pozwolą się oszukać?

A jak pani myśli?

Zobaczymy. Niestety, odnoszę wrażenie, że spora część elektoratu PiS podchodzi do sprawy bardzo bezkrytycznie.

Nie wierzy pani w mądrość Polaków?

Ludzie w głosowaniu często kierują się emocjami, nie rozsądkiem. Istotna część wyborców PiS to wyznawcy. Ich politycy zawsze im wytłumaczą konieczność aliansu z Lepperem, Giertychem itp. Twardy elektorat — jakieś 20 proc. Łykają wszystko bezpośrednio. A pozostali? Wciąż nie dopuszczają do siebie myśli, że się zawiedli. Ale im więcej czasu będzie upływało, tym bardziej będą skłonni spojrzeć prawdzie w oczy.

Hanna Gronkiewicz-Waltz, kandydatka PO na urząd prezydenta m.st. Warszawy

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Konkretna kobieta jest