Konstruktywna mrzonka

opublikowano: 10-07-2014, 00:00

Jedyną niewiadomą środowej debaty Sejmu nad wnioskami PiS o podwójne wotum nieufności — dla całego rządu z wymianą premiera oraz dla ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza — była formuła zaprezentowania się Piotra Glińskiego, kandydata na szefa rządu przejściowego.

Prezes Jarosław Kaczyński dał spokój powtarzaniu zastosowanego 7 marca 2013 r. chwytu z tabletem. Tym razem niedopuszczony na salę plenarną — siedział tylko jako kibic na galerii — kandydat PiS wygłosił przemówienie w przerwie, do zgłaszającego go klubu oraz kamer telewizyjnych.

Zobacz więcej

Premier Donald Tusk (FOT. Marek Wiśniewski)

Abstrahując nawet od zimnej sejmowej arytmetyki — wystąpienie profesora Glińskiego było bardzo kiepskie. Rok temu jako człowiek z tabletu przedstawił coś na kształt exposé, teraz natomiast wygłosił wykład socjologiczno-politologiczny, poświęcony w 98 proc. szkodliwości istnienia rządu Donalda Tuska. A przecież konstruktywne wotum nieufności ze swej istoty wymaga rozłożenia akcentów 50:50. Na głosowanie posłów teoretycznie wpływa w połowie ocena premiera odwoływanego, a w połowie — jego hipotetycznego następcy. Guzik wciskany jest raz i nie da się tego podzielić na tempa.

Dlatego Jarosław Kaczyński pozostaje w sprawie wniosku tak osamotniony. Reszta opozycji marzy o natychmiastowym usunięciu Donalda Tuska, ale nigdy nie zgodzi się na dyżurnego kandydata PiS. Wyniki przewidzianych na piątek głosowań są oczywistością. Dla skuteczności prawnej każdy wniosek wymaga 231 głosów. Ten dotyczący rządu przepadnie mniej więcej 140:235, przy 85 wstrzymujących się, a w sprawie ministra, jednoczący całą opozycję — powiedzmy 225:235. Te liczby czysto teoretycznie uwzględniają obecność wszystkich posłów, w praktyce trzeba odjąć z nich co najmniej kilka głosów, głównie po stronie opozycji.

Uważnie słuchając dywagacji Piotra Glińskiego, wynotowałem tylko jeden konkret. Po sukcesie w piątkowym głosowaniu — mrzonka, abstrakcja, ale na chwilę przyjmijmy, że… — nowy premier nie trwałby do planowego końca kadencji we wrześniu 2015 r., lecz tylko do przyspieszonych wyborów.

Nie padł ich termin, ale warunek — otóż przejściowy rząd miałby zagwarantować ich… uczciwość. To idea wręcz straszna. Po pierwsze — techniczna uczciwość wyborów w Polsce jest największym politycznym osiągnięciem 25-lecia, w przeciwieństwie do fatalnego doboru kandydatów, frekwencji etc. Po drugie — w argumentacji głównej partii opozycyjnej paranoja fałszerstw wyborczych odsuwa na dalszy plan brednie zamachu smoleńskiego.

Kuriozalnym wątkiem sejmowego starcia stała się postawa PSL. O ile odrzucenie wotum nieufności dla rządu to oczywistość, o tyle w sprawie szefa MSW wicepremier Janusz Piechociński jeszcze kilka dni temu pozycjonował się na mocarza równego stanem Donaldowi Tuskowi, stawiając tezę o konieczności osobistego przejęcia przez premiera nadzoru nad resortem. Ludowcy doskonale rozumieją, że beznadziejnie podsłuchany minister stał się pośmiewiskiem własnych podwładnych, policji i innych służb. Jednak po krótkim puszeniu się prezesa PSL mniejszy koalicjant podwinął polityczny ogon i na rozkaz szefa PO potulnie zagłosuje przeciw wotum nieufności dla ministra.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu