Konstytucja wcale tego nie wymagała

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-12-12 20:00

Największy paradoks wtorkowego exposé premiera Donalda Tuska oraz całodziennej debaty Sejmu — do pytań zapisało się aż 254 posłów, część zrezygnowała — polega na tym, że Konstytucja RP… w ogóle tego nie wymagała.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Art. 154 ust. 3 rozstrzyga bardzo precyzyjnie, że w tzw. drugim kroku Sejm „…wybiera prezesa Rady Ministrów oraz proponowanych przez niego członków Rady Ministrów bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Prezydent Rzeczypospolitej powołuje tak wybraną Radę Ministrów i odbiera przysięgę od jej członków”. Nie ma tu mowy ani o prezentowaniu programu rządu ani też o wotum zaufania. To wielki paradoks i niekonsekwencja, albowiem takie konstytucyjne warunki zapisane są w obu krokach prezydenckich, czyli pierwszym oraz awaryjnym trzecim. W związku z tym głosowanie Sejmu we wtorek wieczorem sprowadziło się do wyboru kompletnego składu Rady Ministrów — stosunkiem 248:201, bez głosów wstrzymujących się, przy 10 posłach nieobecnych — zaproponowanego przez wybranego w poniedziałek premiera. Jedna konstytucyjna procedura rozbita została na dwie fazy w odstępie dobowym. Notabene po głosowaniu wtorkowym marszałek Szymon Hołownia przekazał Donaldowi Tuskowi obie wyborcze uchwały Sejmu. Było to dosyć demonstracyjne zaakcentowanie, że pierwszy raz w dziejach III RP dla utworzenia rządu została przeprowadzona procedura stricte parlamentarna, z całkowitym wyeliminowaniem decyzyjnym prezydenta. Uroczyście wręczone premierowi i ministrom 13 grudnia w Sali Kolumnowej akty powołania będą miały rangę prawną jedynie… pamiątkowych dyplomów, chociaż warunkiem koniecznym otrzymania cennej pamiątki jest publiczne złożenie pod prezydenckim żyrandolem przysięgi.

Przypomnienie rangi prawnej wystąpienia Donalda Tuska tłumaczy jego kształt i zawartość. Notabene autor przypomniał swoje pierwsze exposé z 2007 r., które trwało aż trzy godziny i składało się po prostu z rozdziałów napisanych przez poszczególnych ministrów sklejonych bez zredagowania i ujednolicenia terminologii, bo nie było na to czasu. Tym razem wystąpienie miało zupełnie inny charakter. Były to autorskie dywagacje polityczno-społeczno-historyczne z nielicznymi zapowiedziami konkretnych rozwiązań. Po więcej premier odsyłał do znanych od dawna tzw. 100 konkretów Koalicji Obywatelskiej. Dość ogólnikowa formuła była najbezpieczniejsza, albowiem program rządu będzie przecież wypadkową pomysłów wszystkich udziałowców sejmowej większości, czyli także Polski 2050, Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Lewicy. Notabene Donald Tusk nadał jej bardzo chwytliwą nazwę — Koalicja 15 października. Od pewnego czasu proponuję określenie bardziej biznesowe — to po prostu konsorcjum, które 15 października zdobyło od suwerena zamówienie publiczne, zaś jego liderem jest KO.

Na razie dominuje w nim wspólny entuzjazm zdobywców historycznego zamówienia. Wkrótce jednak pojawi się problem uwzględniania interesów wszystkich udziałowców. Przekładając umowę konsorcjum na matematyczny rachunek zbiorów, będący fragmentem teorii mnogości, dostrzega się precyzyjnie zdefiniowany iloczyn — odsunąć PiS od władzy. Doskonale rozumiał to 15 października suweren, który skierował głosy w odrębnych strumieniach na listy trzech komitetów wyborczych, co zsumowane wystarczyło do pokonania najgrubszego w klasyfikacji samodzielnej strumienia PiS. Od środy, gdy nowi ministrowie prosto od prezydenta rozjadą się obejmować gabinety, zaczniemy analizować, co jeszcze znajduje się we wspomnianym iloczynie.