Wśród wybuchających bez przerwy sporów kompetencyjnych prezydenta i premiera najbardziej szkodliwe dla państwa i wręcz żenujące są te dotyczące wspólnego podpisywania aktów prawnych. Konstytucja RP w artykule 144 powiązała kompetencyjnie obu najważniejszych decydentów/urzędników zapisem, że „akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swojej ważności podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem”. W tym samym artykule wymieniono precyzyjnie 30 różnych aktów, które głowa państwa podpisuje samodzielnie bez pytania kogokolwiek. Ta zamknięta lista obejmuje m.in. desygnowanie i powoływanie premiera – to decyzja i czynność niezwykle ważna w powyborczej gorączce partyjnej, gdy uciera się większość rządowa – nadawanie orderów i odznaczeń, stosowanie prawa łaski oraz powoływanie sędziów. Od trzech dekad orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, opinie konstytucjonalistów oraz praktyka życia państwowego były całkowicie zgodne, że wszystko, czego na wspomnianej zamkniętej liście nie ma – bezwzględnie wymaga jednak kontrasygnaty premiera. Dochodzi zatem do pewnych paradoksów – otóż szef rządu potwierdza podpisem… pozbawienie kogoś przez prezydenta orderów i odznaczeń, a także powoływanie i nominowanie asesorów w sądach administracyjnych i powszechnych.
Karol Nawrocki uznał za nielogiczną sytuację, że sędziów powołuje samodzielnie, natomiast na poziomie niższym jest niesamodzielny. Asesor to przecież dopiero kandydat na sędziego, odbywający staż i okres próby przed powołaniem na urząd docelowy, a jednak prezydent musi posiłkować się podpisem szefa rządu. W związku z tym załatwił sobie w dyspozycyjnym wobec jego zleceń obecnym TK szybkie orzeczenie, że wymóg uzyskania kontrasygnaty premiera przy postanowieniach prezydenta o mianowaniu asesorów sądowych jest niezgodny z Konstytucją RP. Tym samym organ pod wodzą Bogdana Święczkowskiego nie zinterpretował, lecz samozwańczo po prostu zmienił rozszerzająco artykuł 144. Podpierając się tym orzeczeniem Karol Nawrocki pod koniec lipca wręczył uroczyście akty powołania i mianowania 200-osobowej grupie asesorów. Młodzi, ambitni prawnicy dopiero po odbiorze dyplomów w czerwonych teczkach stwierdzili, że zostały one podpisane jedynie przez prezydenta. Wybuchła państwowa afera, prezesi sądów zebrali wszystkie te akty i poprzez Krajową Radę Sądownictwa przekazali je do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Donald Tusk po czasie, już bez wpisywania daty, po prostu uzupełnił swój podpis po lewej stronie u dołu każdego prezydenckiego dyplomu. Taka nietypowa procedura post factum miała miejsce pierwszy raz w dziejach III Rzeczypospolitej, a zapewne w ogóle od odzyskania przez Polskę niepodległości, jako że sama instytucja kontrasygnaty istniała przecież w II Rzeczypospolitej.
Przez długie lata problem podwójnego podpisu prezydencko-premierowskiego w ogóle w obiegu publicznym nie istniał. Była to procedura czysto techniczna, załatwiana pomiędzy kancelariami. O konfliktach podczas prezydentury Bronisława Komorowskiego i rządów Platformy Obywatelskiej, a także podczas obu kadencji Andrzeja Dudy w epoce Prawa i Sprawiedliwości nie mogło być mowy z politycznej definicji. Problem objawił się po odzyskaniu stanowiska premiera przez Donalda Tuska, którego relacje z prezydentem Andrzejem Dudą od pierwszego dnia były nie kohabitacją, lecz konfrontacją. We wrześniu 2024 r. głośna była kontrasygnata premiera pod postanowieniem prezydenta o awansowaniu tzw. neo-sędziego w Sądzie Najwyższym, którą później Donald Tusk chciał… wycofać. Okazało się to niemożliwe, ponieważ kontrasygnata jest już nie do ruszenia, nawet jeśli u jej podstaw leżałoby wprowadzenie premiera w błąd przez urzędnika. W epoce jeszcze bardziej ostrej konfrontacji z Karolem Nawrockim premier trwale wstrzymał natomiast kontrasygnatę i zablokował odnowienie kadencji Marty Kightley na stanowisku pierwszego wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego – oczywiście to element nieustającej rozgrywki szefa rządu z prezesem Adamem Glapińskim.
Najnowsza zagrywka proceduralna z uzupełnieniem po czasie kontrasygnaty asesorom wydawała się niewyobrażalna, a jednak się zmaterializowała. Na wszelki wypadek doradzam wszystkim powoływanym i nominowanym – choćby generałom i admirałom podczas najbliższej ceremonii spodziewanej przed Świętem Wojska Polskiego – sprawdzenie, czy na dyplomach na pewno mają dwa podpisy…

