Z powodu ceł polskie firmy ograniczyły eksport drobiu do Unii o 20-50 proc. Czy zwiększy się podaż w kraju?
To był wyjątkowo udany rok dla ponad 30 polskich firm, które mają uprawnienia do sprzedaży mięsa drobiowego w krajach „piętnastki”. Ich obroty z państwami Unii rosły tak szybko, że Polska po raz pierwszy wykorzystała w całości przyznane przez Brukselę kontyngenty. Do maja, kiedy znikną bariery celne, eksport polskiego mięsa drobiowego będzie mniej opłacalny z powodu wy- sokiego cła. Za kilogram file- tów z kurczaka trzeba teraz płacić cło ponad 1 EUR, a za kilogram filetów z indyka — ponad 0,8 EUR.
Drobiowa górka
Według Rajmunda Paczkowskiego, prezesa Krajowej Rady Drobiarstwa, znaczna część mięsa sprzedawanego w Unii Europejskiej (nawet 50 proc.) trafi teraz na rynek krajowy, co spowoduje nadpodaż i spadek cen.
— Na początku roku tuszki drobiowe kosztowały w hurcie 4,2 zł. Teraz ich cena spadła do 3,8 zł — mówi prezes.
Jego zdaniem, wyjściem z trudnej sytuacji byłoby zwiększenie eksportu na Wschód.
Nie wpaść w panikę
Przedstawiciele branży patrzą jednak na najbliższe miesiące z optymizmem. Według nich, polski drób ma w Unii tak dobrą markę, że jego odbiorcy są gotowi brać na siebie część cła, byleby tylko nie zniknął ze sklepowych półek.
— Ceny, jakie osiągaliśmy przy sprzedaży w ramach kontyngentu, były atrakcyjne. Teraz też, mimo cła, jest szansa utrzymania korzystnych stawek, pod warunkiem, że polscy producenci nie wpadną w panikę — mówi Piotr Kulikowski, prezes Indykpolu.
Jego zdaniem, eksporterzy powinni stosować „odważne strategie handlowe”, bo polskie mięso obroni się przed konkurencją nawet przy trudnych warunkach sprzedaży.
Duże firmy, jak Animex czy Ekodrob, ograniczyły sprzedaż do Unii tylko o 20 proc.
— Nawet producenci drobiu z Czech i Węgier, które nie wykorzystały jeszcze swoich kontyngentów, nie są w stanie wyprzeć nas z unijnego rynku — twierdzi Ryszard Waśniewski, prezes Ekodrobu.