Krajowa superstrzała

Karol Jedliński
opublikowano: 2008-07-23 07:46

Pod maską z karbonu 700 koni, przy kołach hamulce ceramiczne. Koszt: kilkaset tysięcy. Być jak Kubica, i to w polskim samochodzie — bezcenne.

Miała być niegdyś sportowa syrenka, maluch czy polonez. Polski fiat zdobywał szlify w Rajdzie Monte Carlo. Dziś na polskich drogach króluje tzw. wiejski tuning. Bryki podrasowane przez domorosłych artystów, z użyciem mieszanki styropianu, pianki poliuretanowej i lakieru, straszą i śmieszą. Pomysłodawcy i jednocześnie szefowie notowanej na New Connect spółki Veno powiedzieli stop.

— Robimy ekskluzywny samochód sportowy, piekielnie szybki, piękny i podrasowany w wersji roadster oraz coupé. Opływający w bajery —zapewnia Arkadiusz Kuich, prezes Veno (na fot. po lewej).

Nie będzie to produkcja seryjna á la Ferrari czy Porsche. Raczej pojedyncze sztuki, na zamówienie. W sumie limitowana seria 50 egzemplarzy. Czy znajdą się chętni, skoro na razie auto można zobaczyć tylko na grafikach komputerowych?

— Zdziwiłby się pan, jak wielkie firmy pytały nas o ten samochód. Mamy e-maile z krajów arabskich, z Polski zgłosiło się kilka dużych nazwisk. Pierwsze umowy zostaną podpisane lada dzień — podkreśla Arkadiusz Kuich.

Jak się będzie nazywać pierwszy poważny supersportowy samochód znad Wisły? Na razie nie wiadomo, choć to nie tajemnica. Po prostu trudno znaleźć właściwe, jedyne słowo z potencjałem na zostanie świetnym nosicielem marki. Paradoksalnie, to może być nawet większy zgryz niż znalezienie inwestora czy projektowanie auta. To się udało. Szukanie słowa klucza trwa.

— Popularne wyrazy odpadają. Musi być coś wyjątkowego, też nie żaden Tomex czy coś. Wzorem jest veyron. Jak się wpisze w Google to wyskakuje tylko ten model bugatti — analizuje Łukasz Tomkiewicz, prezes Veno Automotive, spółki córki Veno (na fot. po prawej).

On jest szefem projektu samochodowego. Arkadiusz Kuich ma na głowie całą grupę, obejmującą m.in. produkcję rowerów poziomych czy styling samochodowy. Wcześniej, podobnie jak Łukasz Tomkiewicz, działali głównie w branży internetowej i stamtąd przeszli na motoryzację. Wprowadzili Veno na New Connect z myślą o robieniu czegoś wyjątkowego. I choć rozmawiamy w ciasnym biurze, Łukasz Tomkiewicz podjechał nie superstrzałą produkcji krajowej, lecz oplem astrą kabriolet, to jedno jest przesądzone. Pod koniec roku dopieszczony egzemplarz samochodu trafi na drogi. I będzie drogi.

— Kilkaset tysięcy złotych. Wersja najbardziej wypasiona, z całą konstrukcją z lekkiego i wytrzymałego karbonu, będzie kosztować nie więcej niż 620 tys. zł — wylicza Arkadiusz Kuich.

Wymieniając takie sumy, nawet nie mrugnie okiem. W kategorii samochodów supersportowych, gdzie dobry silnik zaczyna się od mocy 300-400 koni mechanicznych, a jeśli skrzynie biegów, to choćby od Ferrari, takie sumy nie robią wrażenia. Szybkie cacka potrafią z łatwością łamać bariery. I nie chodzi tylko o 300 km na godzinę, ale też o kwoty rzędu kilku milionów złotych.

— Wszystko fajnie, tylko nieco podróbką lamborghini zalatuje — skomentował wieści o samochodzie od Veno zaprzyjaźniony dziennikarz motoryzacyjny.

Bombowo, odlotowo

Coś jest na rzeczy. Kanciaste i masywne kształty samochodu i jego charakterystyczna pokrywa silnika umieszczonego z tyłu dają efekt lamborghiniopodobny. Włoscy projektanci wzorowali się ponoć na sylwetce niewidzialnego dla radarów bombowca typu stealth, choćby amerykańskiego F-117. Będący niemal dwukrotnie niższy niż jego szerokość pojazd pomysłu Veno ma być jak najbardziej widoczny. Na ulicy, zanim nie pomknie sprzed oczu zdziwionej gawiedzi.

— Jeśli coś ma mieć silnik siedem razy mocniejszy od fiata pandy i ma nie odfrunąć, to musi być niskie i szerokie. Supersamochód o profilu kartonu na mleko odpada — Łukasz Tomkiewicz obrazowo tłumaczy związek między projektami Veno i Lamborghini.

Przyznaje, podobne nieco są. Dla niego to nie ujma, bo samochód nie będzie podróbką. No i nie do końca będzie polski.

— Myśl designerska, karoseria i budowa samochodu to dominujące akcenty polskie. Niestety, do takiego samochodu nie da rady wsadzić skrzyni biegów od żuka, kiedy silnik mamy od audi albo corvette — wyjaśnia Łukasz Tomkiewicz.

Kamera termowizyjna, regulowana wysokość zawieszenia z wnętrza kabiny, drzwi podnoszone na pilota, komputer pokładowy z dostępem do internetu — takie wynalazki w Polsce się zapewne sprzedadzą, ale niekoniecznie wyprodukują. Podobnie jak oczywista oczywistość, standard, czyli klima i skóra.

— Zależało nam, żeby skóra była od tego samego dostawcy, który wyposaża Maybacha. No i mamy ją — przyznaje Łukasz Tomkiewicz.

Tak, by szejk nie musiał odczuwać zgrzytów organoleptycznych przy przesiadce z limuzyny do auta Veno.

— Przy szukaniu dostawców i producentów nie szukaliśmy tych z najniższymi cenami. Wręcz przeciwnie. Wszystko ma być najlepsze, a więc często najdroższe. Ekstra — uważa prezes Veno.

Konie, kamera, diody

Pod maską rządzić będą podzespoły od Audi. Silnik 4,2 l pod rękami polskich speców spokojnie pozwala wycisnąć 700 koni. Są plany, żeby do ścigacza wsadzić sześciolitrowy silnik od Corvette LS7. Tysiąc koni brzmi efektownie. Łukasz Tomkiewicz wyciąga grafikę, gdzie widać auto od tyłu. A tam, za światła robi 20 pokaźnych rzędów diod LED.

— Jak one będą w nocy wyglądać? Oszałamiająco, pojazd z innej planety — rozmarza się prezes Veno Automotive.

Wersja pełna karbonu, tego niezwykle odpornego laminatu, którego właściwości uratowały niejednego kierowcę Formuły 1, będzie dużo tańsza od takich wersji modeli uznanych marek. Koenigsegg, Pagani Zonda, Ferrari czy McLaren to uznane marki i za to trzeba płacić. Veno będzie tu nowicjuszem i kopciuszkiem.

— Kamera termowizyjna to jest bajer. Żadna mgła, noc, deszcz nie ogranicza widoczności. Wyłączasz światła i prujesz, patrząc się tylko w ekran kamery — zachwala Łukasz Tomkiewicz.

Wariactwo, nic dziwnego, że zachwycili się nim nie tylko szejkowie, ale też nasz Liroy. Może hiphopowiec wymyśli nazwę na miarę szaleństwa tego projektu. 

picturegallery.191dbd6b-0236-47fc-9316-3102af1d8cea