Okazuje się, że parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej nie czają się na siebie z tomahawkami w sejmowych zakamarkach, ale czasem ze sobą rozmawiają. O fajce pokoju na razie nie ma mowy, ale czasem udaje się wypracować kompromis. Jak w pierwszym idiotycznym sporze VI kadencji Sejmu — o liczebności sejmowej komisji kontrolującej służby specjalne.
Platforma zaproponowała, a PiS się zgodziło, że w komisji będzie zasiadać jedynie czterech posłów
— po jednym z każdego klubu. To ukłon ze strony PO, która zrezygnowała z odzwierciedlania swej przewagi w tej komisji. Ukłon wystarczający, by politycy PiS zapomnieli o swoich argumentach sprzed kilku dni — że mniejsza komisja to zamach na demokrację, że powinny być parytety. Zasada jeden klub — jeden poseł nie ma z parytetami nic wspólnego, a czteroosobowa komisja jest znacznie mniej liczna niż uznawany przez PiS za gwarancję demokracji skład siedmioosobowy.
Spór o liczebność członków komisji specjalnej jest doskonałym przykładem, że większość politycznych burz w Polsce nie wynika z krańcowo różnych stanowisk zajmowanych przez adwersarzy, lecz jedynie z tego, że obie strony nie usiadły i nie wymieniły argumentów w rozmowie. Sposób rozwiązania tego sporu pokazuje, że w tej kadencji nie musimy mieć do czynienia z nieustannym paraliżem i obstrukcją. A że politycy muszą wcześniej odbyć rytualną kłótnie w świetle jupiterów? Cóż, choroba zawodowa. Może nawet uleczalna.
Adam Sofuł