Kto się wstydzi made in Poland

opublikowano: 18-06-2015, 00:00

Marketing: Przedsiębiorcy coraz odważniej umieszczają oznaczenie made in Poland na etykiecie. Czasem wymagają tego od nich kontrahenci. Najwyraźniej świat postrzega nas już lepiej

Do dzisiaj w kwestii oznaczenia wielu produktów miejscem pochodzenia panuje spora dowolność. Jednak kiedy Komisja Europejska zaproponowała wprowadzenie obowiązku oznaczenia produktów miejscem pochodzenia, najgłośniej protestował nasz biznes. Pozostawienie polskim firmom, które chcą sprzedawać swoje produkty za granicę, dowolności w decydowaniu o wskazaniu pochodzenia produktu albo pozostawianiu go bez oznaczenia, jest kluczowe, ponieważ polskie produkty nadal nie cieszą się w niektórych państwach wystarczająco dobrą opinią — przekonywała Konfederacja Lewiatan w swoim stanowisku.

Zobacz więcej

Marek Wiśniewski

Made in Poland pożądane

Trudno temu zaprzeczyć. Dobrej marki nie mamy szczególnie na Zachodzie. — W Europie konsumenci są przywiązani do produktów zachodnioeuropejskich lub amerykańskich, a Polska mimo wszystko nie wyrobiła sobie jeszcze jako państwo marki solidnego i jakościowego producenta — mówi Paweł Ossowski, menedżer do spraw rozwoju w Zarys International Group, firmie produkującej i dystrybuującej sprzęt medyczny. W tych rejonach „made in Poland” na etykiecie nie zawsze jest mile widziane.

— Potencjalni zagraniczni kontrahenci, z którymi rozmawiamy, nie postrzegają pozytywnie oznaczenia „made in Poland”, sugerują raczej „made in UE” — potwierdza Zuzanna Sielicka, właścicielka Whishbear, twórca szumiących misiów dla niemowląt. Podobne doświadczenia ma Włodzimierz Lewin, właściciel JJW, przedsiębiorstwa produkującego skarpetki. Jego zdaniem,w wielu krajach kontrahenci wręcz nalegają na „made in UE”.

— Takie oznaczenie jest bardzo dobrze postrzegane nie tylko w Europie, ale również w wielu rejonach świata, także m.in. w Ameryce Południowej czy Australii. Sugeruje wysoką jakość — przekonuje Andrzej Szeremeta, prezes Gorteksu, producenta bielizny. Okazuje się jednak, że wiele firm ma równie pozytywne doświadczenia z oznaczeniem „made in Poland”. I coraz więcej przedsiębiorców właśnie takie oznaczenie swoich produktów zaczyna wdrażać.

— Kiedy rozpoczynałyśmy działalność, na metce naszych produktów widniał napis „made in UE”, bo wydawało nam się, że Polska nie kojarzy się z wysoką jakością. Okazało się jednak, że jest zupełnie inaczej — dla naszych azjatyckich partnerów było bardzo ważne, żeby produkty oznaczać „made in Poland”. Uważali, że oznaczenie „made in UE” nie wskazuje precyzyjnie, z jakiego kraju pochodzi produkt, a Polska bardzo dobrze im się kojarzy — z Europą, Zachodem, a więc wysoką jakością. Zmieniliśmy to oznaczenie ponad dwa lata temu we wszystkich produktach — opowiada Izabela Cybulska, współwłaścicielka w firmie La Millou, tworzącej dziecięce kocyki.

Coraz lepiej postrzegani

Większość zapytanych przez nas przedsiębiorców z różnych branż twierdzi, że nie wstydzi się „made in Poland” na etykiecie. Firmy przyznają też, że w wielu przypadkach postrzeganie naszych produktów za granicą jako towaru słabej jakości jest mylne. Ale musieli się o tym przekonać na własnej skórze.

— Dzięki spotkaniom podczas ostatnich międzynarodowych targów kosmetycznych w Bolonii utwierdziłam się w przekonaniu, że marka „Poland” jest doceniana w tej branży. Przedsiębiorcy i klienci z takich krajów jak Francja, Włochy czy Wielka Brytania cenią sobie polskie produkty z tej kategorii, zarówno suplementy diety, jak i kosmetyki — twierdzi Agnieszka Owczarek, prezes Noble Health.

Jej zdaniem, suplementy diety Noble Health do tej pory oznaczane „made in UE” teraz zostaną oznaczone „made in Poland”. Przy tym polska etykieta może być szczególnie dobrze odbierana na rynkach pozaeuropejskich — tam, gdzie nasz kraj kojarzy się z Europą, a ta z wysoką jakością.

— To m.in. Bliski Wschód czy Afryka. Tam Polska jest odbierana pozytywnie. Ponadto w tych rejonach obserwuje się duże zainteresowanie produktami z Europy, w szczególności w zestawieniu

z tanimi odpowiednikami z Indii czy Chin — przekonuje Paweł Ossowski. Ale nie tylko. Zdaniem Włodzimierza Lewina, także na zachodzie Europy czy w Stanach postrzeganie polskich oznaczeń zaczyna się zmieniać.

— Rozpoczynamy teraz współpracę z niemiecką firmą i oni nie zgłaszają żadnych zastrzeżeń do oznaczenia „made in Poland”. W naszym przypadku obserwujemy, że w wielu krajach europejskich nie ma dzisiaj problemu, by w ten sposób oznaczać swoje produkty — mówi Włodzimierz Lewin. Jego zdaniem, większą bolączką jest co innego — przekonanie do tego, żeby produkować pod własną marką.

Trzeba budować patriotyzm

Polskiej marki nie wstydzi się też Andrzej Szeremeta, nawet na najbardziej zamkniętych rynkach. — Od kilku lat wystawiamy się na największych targach mody w Paryżu, handlujemy też z Francją i wcale nie czujemy się tam gorsi. Wręcz przeciwnie — mówi prezes Gorteksu. Poza tym oznaczenie „made in Poland” dobrze działa nie tylko za granicą, ale także, a może przede wszystkim, w Polsce.

— Tutaj taki napis to duża przewaga rynkowa. Klienci często właśnie dlatego kupują misia, że jest polski — tłumaczy Zuzanna Sielicka. — Paradoksalnie w przypadku Zarysu i obrandowania „made in Poland” duży nacisk kładziemy na rynek lokalny, gdzie od wielu lat staramy się wśród naszych klientów zbudować swojego rodzaju patriotyzm lokalny, jeżeli chodzi o kupowanie produktów polskiej produkcji i od firmy bazującej tylko na polskim kapitale — wtóruje jej Paweł Ossowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Sylwia Wedziuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu