Dążenie, nawet za wszelką cenę, do objawienia urbi et orbi całej prawdy i tylko prawdy jest zamiarem ze wszech miar godnym pochwały. Dlatego nie dziwi. Dziwi jedynie, że niekiedy ci sami ludzie, jeszcze tak niedawno ogromnie wstrzemięźliwi w chęci dzielenia się swoimi informacjami z ogółem (Rywingate i początki Orlengate), nagle zapragnęli publicznej spowiedzi. Ba, nie mogą doczekać się wezwania przed wysoką komisję. Niektórzy nawet, nie mogąc doczekać się wezwania, sami się zgłaszają i zeznają. Nikt ich nie pyta — też gadają. Przypomina mi to pewnego znajomego, który tak bardzo chciał być internowany w stanie wojennym, że spał w ciepłych skarpetkach, a pod poduszką miał spakowaną walizeczkę. Ku jego rozczarowaniu — nikt po niego nie przyszedł. Widocznie posiadał mało interesujące informacje.
Inna epoka, a praktycznie to samo. Bo otóż rodzi się podejrzenie graniczące z pewnością, że wszyscy, którzy tak tłoczą się przed komisją, w gruncie rzeczy nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Ci, którzy naprawdę coś wiedzą — siedzą spokojnie i milczą. O niektórych zapewne jeszcze nawet nie wiemy. A doktor Kulczyk? No cóż, przekonuje się o trafności przysłów, jak choćby tego o przyjaciołach i biedzie. Ale tu... ani biedy, ani miejsca na przyjaźń.