Ruszyły prace nad ustawą medialną, tzw. dużą nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego (który odpowiada za przygotowanie projektu), prace mają przebiegać przy otwartej kurtynie. Początek był dobry: o pierwszym spotkaniu zespołu pracującego nad projektem poinformowano media, minister stawił czoło dziennikarzom, co nie znaczy, że odpowiadał na pytania.
Otwarta kurtyna też ma swoje granice, minister nie chciał zdradzić założeń projektu. Wiemy jedynie, że nieprzewidywany jest (na razie) podział publicznych mediów na część misyjną i część komercyjną. Tego, czy ośrodki regionalne przejdą pod opiekuńcze skrzydła samorządów, i w jaki właściwie sposób będą finansowane publiczne media, zapewne prędko się nie dowiemy. Można się z ministrem zgodzić, że wiele zapisów nowej ustawy zależy od losów tzw. małej nowelizacji. Nie zmienia to faktu, że trudno dopatrzyć się w poczynaniach resortu spójnej koncepcji. To, że nawet przy otwartej kurtynie na scenie niewiele widać, może oznaczać, że takiej koncepcji jeszcze nie ma. Że dopiero ma się narodzić.
Brak szczegółowego planu zmian nie musi być wadą. Jeżeli minister dotrzyma słowa i prace nad projektem będą szeroko konsultowane ze środowiskami twórczymi, to może powstać wcale dobry projekt. Lepszy od hasłowych zapowiedzi, które znakomicie brzmią podczas kampanii wyborczych, ale kiepsko sprawdzają się w praktyce. Jest tylko jeden szkopuł. To potrwa. Ale politycy przez ostatnie kadencje nauczyli nas już cierpliwości.