Czytasz dzięki

Kwarantanna przed ekranem

Krzysztof Girgiel
opublikowano: 23-04-2020, 22:00

Po ogłoszeniu narodowej kwarantanny serwisy streamingowe, obok zapasów makaronu i papieru toaletowego, stały się dla wielu artykułem pierwszej potrzeby. Ale przedłużająca się walka z koronawirusem będzie dla twórców filmów i seriali sporym wyzwaniem.

„Śniadanie. Netflix. Bieganie. Netflix. Coś na obiad. Netflix. Jakiś tekst. Netflix. Szybka kolacja. Netflix. Spanie. Netflix. Śniadanie” — tak na Twitterze opisał swój dzień w kwarantannie jeden z dziennikarzy Onetu. Choć tę relację traktować trzeba pewnie z przymrużeniem oka, to jednak wpisuje się ona w dzienną rutynę wielu osób w przymusowej izolacji. Po zamknięciu kin, muzeów i teatrów, a potem także parków i lasów, większości osób zostały już tylko rozrywki kanapowe.

Zobacz więcej

Westworld

ARC

A to, w połączeniu z nadmiarem wolnego czasu, przełożyło się na wzrost zainteresowania ofertą platform streamingowych. Jak wynika z badania Gemius/PBI, w pierwszym tygodniu kwarantanny serwisy VoD odnotowały wzrost użytkowników o 17,5 proc., a liczby odsłon o 24,7 proc. Liderem był Netflix (2,66 mln użytkowników) przed należącym do koncernu Ringier Axel Springer Polska serwisem VOD.pl (1,76 mln użytkowników) i sekcją VoD na portalu WP (1,37 mln użytkowników). Konsumpcja wideo tak wzrosła w czasie kwarantanny, że Komisja Europejska zwróciła się do dostawców usług streamingowych z prośbą o obniżenie domyślnej jakości wyświetlanych wideo.

— Rynek serwisów VoD w Polsce wygląda coraz ciekawiej, choć bardzo na nim brakuje Disney+, a za miesiąc pewnie to samo powiemy o HBO Max. W tym roku zaczął u nas rządzić niepodzielnie Netflix, co widać w marcowym badaniu Gemius/PBI. 5,38 mln polskich użytkowników to armia, o jakiej w marcu 2019 nikt jeszcze nie marzył, choć oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest oficjalna liczba polskich klientów Netfliksa. To liczba użytkowników, którzy według Gemiusa mieli zajrzeć na stronę/ skorzystać z aplikacji w czasie marcowej kwarantanny narodowej. Ilu z nich rzeczywiście Netfliksowi płaci? Nie wiemy, ale możemy założyć, że coraz więcej — mówi Marta Wawrzyn, redaktor naczelna serwisu Serialowa.pl.

Nowe rozdanie

Epidemia koronawirusa może się okazać punktem zwrotnym w rywalizacji między tradycyjnym kinem a domowymi seansami. Zamknięcie instytucji kultury sprawiło, że zarówno dla widzów, jak i dystrybutorów serwisy online stały się jedyną dostępną opcją. To tutaj teraz rozgrywa się walka o czas i portfele kinomanów. Szefowie platform streamingowych szybko zareagowali na nowe okoliczności. Już 18 marca, zaledwie dwa tygodnie po kinowej premierze, na serwisach Player+, Canal+ i UPC można było obejrzeć głośny film Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter”.

Tydzień później hit trafił na kolejne platformy. Tym tropem szybko poszli dystrybutorzy kolejnych obrazów obliczonych na masowego odbiorcę, w tym m.in. „365 dni” Blanki Lipińskiej, „Bad Boy” Patryka Vegi i „Jak zostałem gangsterem” Macieja Kawulskiego — trzech głośnych polskich premier pierwszego kwartału. Ofertę poszerzyła również platforma HBO. — Staramy się zapewnić widzom atrakcyjne treści, dlatego już 1 kwietnia z wyprzedzeniem w stosunku do wcześniej planowanych terminów dodaliśmy pakiet filmów do oferty HBO GO, w tym „Pewnego razu w Hollywood”. Od piątku 10 kwietnia systematycznie dodajemy do oferty kolejny filmy Marvela, w tym serie przygód Iron Mana, Thora i Avengersów. Dodatkowo od kwietnia w HBO2 uruchomiliśmy poranne pasmo filmów animowanych i familijnych, pasmo to będzie kontynuowane również w maju — potwierdza Agnieszka Niburska, szefowa marketingu HBO Polska i HBO Europe.

Kino potrzebne branży

Nową drogę obrali producenci „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, pierwszego polskiego slashera. Zrezygnowali z premiery kinowej, od razu udostępniając produkcję na Netfliksie. Na razie to wyjątek. Producenci filmów planujący premiery w kolejnych miesiącach obserwują jednak rozwój sytuacji i być może część z nich zdecyduje się na przeniesienie obrazów od razu na mały ekran. Wśród największych zagranicznych superprodukcji na kinowy debiut dłużej poczeka m.in. nowa część przygód James Bonda „Nie czas umierać”, dziewiąta odsłona serii „Szybcy i wściekli” czy „Czarna Wdowa” z Marvel Studios. Pytanie jak długo mogą czekać. Późniejsze nagromadzenie tylu oczekiwanych premier w jednym czasie rozproszyłoby widownię i nie dałoby oczekiwanej frekwencji.

— Udostępnienie filmów od razu online wygląda raczej na desperackie niwelowanie strat niż nową normę. Te filmy nie zarobią na siebie, tu chodzi o to, żeby trochę mniej stracić. Amerykańscy producenci przesuwają premiery o wiele miesięcy, zamiast oddawać filmy serwisom VoD, bo w przypadku produkcji wysokobudżetowych straty byłyby wielomilionowe. Jeśli nie będzie dystrybucji filmowej, przestaną powstawać kosztowne filmy, np. superbohaterskie produkcje Marvela. Będziemy oglądać ich tańsze odpowiedniki, filmowe wyroby czekoladopodobne. W idealnym świecie to mogłaby być szansa dla kina artystycznego, ale nie żyjemy w idealnym świecie — podkreśla Marta Wawrzyn.

Kiedy zabraknie nowości

Obok kinowych nowości widzów niezmiennie przyciągają seriale, a kwarantanna zbiegła się w czasie z kilkoma dużymi premierami. Listę TOP10 Netfliksa otwiera czwarta odsłona światowego fenomenu „Dom z papieru”, a dobre recenzje zbiera również „Unorthodox”. Z kolei w HBO można już oglądać trzecie sezony hitowych „Westworld” i „Obsesja Eve” oraz świetnie przyjęty „Spisek przeciwko Ameryce”. Stacja pokaże w kwietniu 13 serialowych premier.

Nowości więc nie zabraknie. Przynajmniej na razie, bo obok zwiększonego zainteresowania ofertą producenci odczują też negatywne skutki koronawirusa. Produkcja filmowa, jak wiele innych branż, stanęła w miejscu i nie wiadomo, kiedy będzie można wznowić zdjęcia. W Polsce zakazem nie przejęli się tylko Konrad Niewolski i Patryk Vega, dla którego pragnienie podzielenia się z widzami kolejnym dziełem okazało się silniejsze niż zalecenie maksymalnej izolacji… Może się więc okazać, że za kilka miesięcy wygłodniali nowości widzowie nie dostaną kolejnej porcji filmów i seriali.

— Już w tym momencie część planowanych premier (np. czwarty sezon „Fargo”) wypada z ramówek, bo nie udało się dokończyć produkcji. Inne są przesuwane na jesień (np. miniserial HBO „Od nowa”), bo stacje wiedzą, że to właśnie wtedy zaczniemy naprawdę odczuwać braki. Tylko Netflix wprowadza nowości w swoim zwykłym szalonym tempie. Podejrzewam jednak, że jesienią zaczną się problemy z dziurami w ramówkach wszędzie, od tradycyjnej telewizji po Netfliksa. To może potrwać nawet rok, dotykając głośne tytuły, np. „Stranger Things”, „Wiedźmin” czy serialowego „Władcę Pierścieni” — mówi Marta Wawrzyn.

Jak wtedy utrzymać widzów przed ekranem i nie narazić się na ich odpływ do innych form rozrywki?

— Zaradzić pustkom da się tylko w jeden sposób: wracając do walki o licencje. Większości kultowych seriali w Polsce wciąż nie ma gdzie obejrzeć i problemy z produkcją nowości to dobry moment, żeby to zmienić. Skoro na amerykańskim Netfliksie najpopularniejszym serialem jest zakończone w 2013 r. „Biuro”, myślę że i polska publika nie pogardziłaby hitami sprzed lat. Również ta młodsza, która dziś w równym stopniu zachwyca się „Domem z papieru” i „Przyjaciółmi” — podkreśla Marta Wawrzyn.

SERIALOWE PREMIERY KWIETNIA

„Westworld”, sezon 3, HBO

W 2016 r. zapowiadany jako nowy hit stacji, może nawet na miarę „Gry o tron”. To futurystyczna opowieść o parku rozrywki stylizowanym na Dziki Zachód, w którym roboty do złudzenia przypominające ludzi służą za rozrywkę dla co bogatszych obywateli. Za odpowiednią sumę można postrzelać do androidów albo miło spędzić czas w saloonie. Aż do momentu, w którym maszyny zaczynają się buntować i z ofiar zamieniają się w drapieżniki. Pierwszy sezon okazał się propozycją SF dla ambitnego widza, wymagał dużej uwagi i stawiał ambitne pytania. W drugim więcej było już efekciarskiej walki „ludzkich panów” z robotami. Trzeci sezon to znów zwyżka formy i sprawne przeniesienie akcji do miasta. Fabuła znów zbacza z utartych ścieżek, a scenografią i obłędną ścieżką dźwiękową nie sposób się nie zachwycić.

„Spisek przeciwko Ameryce”, HBO

David Simon niezwykle umiejętnie portretuje społeczeństwo, czym zapracował na miano współczesnego Charlesa Dickensa. Po kultowym już „Prawie ulicy”, ale też świetnych „Kronikach Times Square” scenarzysta wziął się za adaptację „Spisku przeciwko Ameryce” Philipa Rotha. To alternatywna historia USA, w której zamiast Franklina Delano Roosevelta wybory prezydenckie wygrywa niejaki Charles Lindbergh. Nowy przywódca skręca w stronę faszyzmu, a razem z nim naród. Oglądamy to z perspektywy żydowskiej rodziny z Newy Jersey, a w ich fikcyjnym świecie odbija się sporo zupełnie współczesnych lęków i problemów. Zmarły dwa lata temu autor pierwowzoru podobno nie traktował „Spisku przeciwko Ameryce” jako politycznej metafory, historia jednak nie bardzo się tymi intencjami przejęła.

„Dom z papieru”, sezon 4, Netflix

Jeden z największych hitów platformy Netflix. Jeśli przepustowość łączy wytrzymała premierę czwartego sezonu, to wytrzyma już chyba wszystko. Po napadzie na hiszpańską mennicę tym razem ekipa złodziei o szlachetnych sercach chce odciążyć Bank Centralny z nadmiaru złota. Twórcy serialu potrafią mistrzowsko budować napięcie, a że niespecjalnie przejmują się przy tym logiką i fabularnym realizmem, to widowiskowych zwrotów akcji jest tu więcej niż sztabek złota w hiszpańskim skarbcu. Mamy też ciekawą galerię postaci, jak choćby liderującego grupie El Profesora, który jest skrzyżowaniem Stephena Hawkinga z Bruce’em Willisem, czy nadpobudliwą Tokyo, zachowującą się jakby była dorosłym wcieleniem Matyldy z „Leona Zawodowca”. Jeśli wybaczymy scenarzystom sporą dozę niedorzeczności i nadprodukcję wątków melodramatycznych, będziemy się świetnie bawić.

„After Life”, sezon 2, Netflix

W początkowych scenach pierwszego sezonu główny bohater — dziennikarz lokalnej brytyjskiej gazety ogląda na komputerze pożegnalne nagranie umierającej na nowotwór żony. I jeśli ona wtedy nazywa go grubym dupkiem, ale z dobrym sercem, to już wiem, czego możemy się spodziewać. „After Life” to kolejny serial używający komediowych nut do opowiadania o dramatycznych sytuacjach, w tym wypadku o żałobie. Ale produkcja Netfliksa realizuję tę konwencję wyjątkowo sprawnie, głównie za sprawą Ricky’ego Gervaisa, który jest tutaj równie dobry i złośliwy jak podczas prowadzenia ceremonii rozdania Złotych Globów. Bawi, irytuje, potrafi też wzruszyć czy zmusić do refleksji. I można tylko żałować, że robi to zaledwie przez sześć półgodzinnych odcinków.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Girgiel

Polecane