Elektromobilność to gorący temat, ale do zarabiania na niej pieniędzy droga jeszcze długa. Pieniądze majaczą jednak na horyzoncie, a firma doradcza PwC przekonuje, że warto się po nie schylić.

— Polska energetyka, coraz bardziej państwowa i działająca w warunkach słabej konkurencji, ma dziś mało bodźców, by iść do przodu. Tymczasem pojawiają się nowe strumienie przychodów, o które warto zawalczyć — uważa Dorota Dębińska-Pokorska, partner w PwC.
E-auta mogą być takim strumieniem, ale energetykę powinno zainteresować przede wszystkim ich ładowanie. Według PwC, który przedstawił swoje szacunki w raporcie „Sięgać po więcej. 3,8 mld zł+ dla polskiej energetyki”, do wzięcia może być rynek wart w 2025 r. 2 mld zł. Na tę kwotę złożyłyby się przychody związane ze sprzedażą energii elektrycznej (ok. 800 mln zł), dystrybucją energii (ok. 700 mln zł) i utrzymaniem infrastruktury ładującej (200-300 mln zł). Pieniądze są, ale trzeba o nie zawalczyć inteligentnie.
— Samo stawianie ładowarek nie jest dobrym biznesem. Po prostu się nie opłaca. Chyba że komuś zależy na wizerunku, a nie na pieniądzach — uważa Dorota Dębińska- -Pokorska.
Energetyka powinna więc przeanalizować m.in. źródła finansowania inwestycji w infrastrukturę do ładowania. Przykładem może być słowacka firma GreenWay, która wspiera się finansowaniem unijnym i zamierza postawić w Polsce kilkadziesiąt stacji do ładowania aut. Unijne pieniądze sprawiają, że to się jej może opłacić.
— Poza tym trzeba uważnie wybrać miejsca, rozważyć dołączenie dodatkowych produktów, a także wejście w tzw. car-sharing [wypożyczalnie e- -aut — red.]. Ta ostatnia opcja jest, naszym zdaniem, szczególnie interesująca — podkreśla Dorota Dębińska-Pokorska. Polska państwowa energetyka dopiera zaczyna przygodę z elektromobilnością. Nad pilotażami pracuje już PGE, biznesowy car-sharing uruchomiła w Gdańsku Energa, a autobusami elektrycznymi zajmują się Enea i Tauron.