Łatanie bankowych dziur

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 2009-10-28 22:12

System zarządzania ryzykiem w bankach jest dziurawy. KNF chce go uszczelnić. Rekomendacją T. Poznaliśmy najnowsze założenia tego dokumentu.

„Puls Biznesu”: Banki biją na alarm, że poziom 50 proc. obciążeń do dochodów, służący do wyliczania zdolności kredytowej wyhamuje rynek kredytów.

Krzysztof Broda, zastępca dyrektora zarządzającego Pionem Nadzoru Bankowego w KNF: Przede wszystkim trzeba pamiętać, czemu ma służyć Rekomendacja T i jaki problem chcemy rozwiązać. Chodzi o poprawę zarządzania ryzykiem w interesie tych, z których pieniędzy udzielane są kredyty. Własne pieniądze banku stanowią niewielką część tych środków, w większości są to środki powierzone przez klientów. Jednym z zagrożeń spłaty jest zbyt wysoki poziom zadłużenia i obciążenia spłatą.

Czyli chodzi o obciążenia spłatami kredytów, bez mandatów, alimentów, o czym mówią banki?

Pod pojęciem obciążeń należy rozumieć spłaty kredytów.

W tym również debety w rachunku osobistym i limity w kartach kredytowych?

Tak.

Nawet jeśli nie są w ogóle wykorzystywane?

Nie mamy przecież gwarancji, że klient, np. w sytuacji podbramkowej, nie sięgnie po pieniądze na debecie, czy w karcie kredytowej, zadłużając się dodatkowo.

W takim razie banki mają rację, że rekomendacja istotnie ograniczy rozwój rynku bankowego. Kart kredytowych raczej na pewno. Mam cztery karty, korzystam z dwóch, a mimo to do wyliczenia mojej zdolności kredytowej bank zsumuje limity z czterech.

Trzeba pamiętać o istocie sprawy: bank ma zarządzać ryzykiem, nie może przyznać komuś kredytu i założyć, że klient go nie wykorzysta. Od banku musimy wymagać roztropności.

Skąd 50-procentowy poziom obciążeń?

Według danych GUS średni poziom obciążeń wydatkami stałymi przeciętnego gospodarstwa domowego w Polsce wynosi właśnie ok. 50 proc. Połowę dochodów wydajemy na stałe koszty związane z utrzymaniem. Czyli założenie w rekomendacji i tak jest mało konserwatywne.

Ale część kredytów to przecież wydatki inwestycyjne, np. kredyt mieszkaniowy.

Podstawowe wydatki, tzw. sztywne, to wydatki na żywność, ubranie, opłaty za mieszkanie, opiekę zdrowotną, transport itp. Nie wlicza się w nie zobowiązań z tytułu zadłużenia w bankach. Są jeszcze pewne koszty, które ten poziom zwiększają, jednak uważamy, że klient jest w stanie nimi zarządzać i w razie potrzeby może je ograniczyć bez szkody dla bytu danego gospodarstwa domowego, np. wydatki na rozrywkę, kulturę, alkohol, itp., których w ustalaniu naszych parametrów nie braliśmy pod uwagę. Patrząc na dane GUS, nie sądzę, żeby nasze podejście było nadmiernie restrykcyjne.

Limit wydatków może mieć uzasadnienie w przypadku osób o niskich dochodach. Jeśli ktoś zarabia 10 tys. zł miesięcznie to dla niego koszty stałe nie mają takiego znaczenia.

Zgadza się - im wyższy dochód tym udział wydatków stałych jest mniejszy. W związku z tym w kolejnej wersji projektu rekomendacji dopuścimy możliwość różnicowania sposobu liczenia zdolności kredytowej, w zależności od dochodów. Trzeba też pamiętać, że osoby, które mają takie dochody prowadzą nieco inny styl życia i ponoszą wyższe koszty utrzymania niż osoby niżej uposażone. Nie jest im także łatwo zmienić przyzwyczajenia i ograniczyć te wydatki.

Czyli będą progi dochodów, od których będzie zależał limit miesięcznych obciążeń?

Będzie to przedmiotem rozmów z bankami.

Jakie będą poziomy obciążeń dla poszczególnych grup klientów: 50, 70 proc.?

Preferujemy bezpośrednie  rozmowy ze środowiskiem bankowym. Nie jest naszą intencją komunikacja przez pośredników.

Banki mówią też o potrzebie zróżnicowania sposobu liczenia zdolności w zależności od specyfiki działania banku, żeby inny był dla banków uniwersalnych, inny dla wyspecjalizowanych.

O poziomie ryzyka decyduje sytuacja klienta, a nie model działania banku. Można tym ryzykiem lepiej bądź gorzej zarządzać. Natomiast sytuacja klienta jest obiektywna, niezależnie od tego, do jakiego banku pójdzie.

Co z definicją gospodarstwa domowego. Banki interpretują go bardzo szeroko, jako wszystkie osoby mieszkające pod wspólnym adresem?

Zrezygnowaliśmy z tej definicji.

Zatem bank będzie sprawdzał tylko wnioskodawcę oraz żyrantów?

Weryfikowane będą osoby zobowiązane do spłaty kredytu, wobec których bank może wystąpić z roszczeniem o spłatę.

Banki narzekają na obowiązek monitoring kredytów dłuższych niż 5 lat nie tylko we własnym portfelu ale również w innych bankach. Czy to w ogóle jest możliwe?

Oczywiście, choćby poprzez raporty z BIK. Nie wszystkie banki decydują się na to.

Może wystarczy wprowadzić obowiązek korzystania z danych Biura Informacji Kredytowej?

Z punktu widzenia zrządzania ryzykiem, ważna jest informacja jak zachowuje się klient, który ma długoterminowe zobowiązania wobec banku. Weryfikacja stanu zadłużenia klienta może pomóc w reakcji, która powstrzyma narastanie zadłużenia.
Klient zbyt mocno zadłużony, przekredytowany, jest praktycznie nie do oddłużenia. Restrukturyzacja na pewno ma większe szanse w przypadku klienta, który utrzymuje rozsądny poziom zadłużenia, ale traci możliwość spłaty w skutek obiektywnych czynników, takich jak np. utrata pracy. Taki kredytobiorca ma szansę odzyskać źródła dochodów. Natomiast klient, którego łączne obciążenie spłatą przekracza miesięczny dochód ma już niewielkie możliwości. Dlatego banki muszą sprawdzać komu pożyczyły pieniądze!

Banki mówią, że drobiazgowe sprawdzanie będzie kosztowne, czasochłonne i wydłuży procedury. Proponują, tak jak teraz, portfelowe zarządzanie ryzykiem.

Trzeba uwzględnić, czym w istocie jest zarządzanie portfelowe. W zarządzaniu portfelowym subiektywna ocena zdolności kredytowej zostaje wyeliminowana. Nie oceniamy indywidualnie, komu możemy dać kredyt, a komu nie, tylko mamy standardowe reguły, co oznacza, że obojętnie kiedy i do kogo trafi klient, powinien zostać oceniony tak samo. Podejście portfelowe nie oznacza, że przyjmujemy wszystkich, a dopiero później, kiedy kredyt będzie spłacany okaże się komu on naprawdę się należał, kto był go w stanie spłacić. Przecież udzielenie kredytu jest indywidualną decyzją. Podobnie jest z monitorowaniem – czy nie sprawdzamy jak każdy klient spłaca kredyt, czy możemy to robić zbiorczo?

Ale to są często drobne, detaliczne kredyty. Bank, zakładając pewien poziom strat,  patrzy jak spłaca się cały portfel.

Z punktu widzenia pieniędzy, które pożyczył, a najczęściej nie są to pieniądze banku, lecz deponentów, musi przede wszystkim zadbać o to, żeby środki wróciły.

Czy zatem kredyty na dowód pójdą do lamusa?

Jeśli klient pokaże tylko dowód i zapisane w nim dane mają stanowić podstawę do udzielenia kredytu, to wątpię, czy powinien go dostać. Zobaczmy jak duże zadłużenie wygenerowano w ten sposób! Taki system zarządzania ryzykiem jest nieszczelny, jeśli większe bądź mniejsze ryzyko banku zależy od tego, czy klient sam kontroluje swój swoje zadłużenie. A co się stanie, jeśli przestanie? Przez tę „dziurę” w systemie wpada klient, który teoretycznie może zadłużać się bez ograniczeń, ponieważ spłaca wszystkie zobowiązania. Tyle, że nowymi kredytami, a bank daje mu kolejne. Taki system jest wadliwy i każdy klient z taką charakterystyką otrzyma kredyt. To nie bank powstrzymuje go przed nadmiernym zadłużeniem. Od samego klienta zależy, czy zdecyduje się dalej zadłużać czy nie.

Ci którzy się nadmiernie zadłużają to margines kredytobiorców.

Potencjalnie wszyscy mogą przejść przez dziurę w systemie. Może są to wszyscy, którzy stracili kontrolę nad swoim zadłużeniem. Czy wiemy ilu udało się bankom powstrzymać?
To tak jak z dziurą w dachu. Jest dobrze dopóki nie pada.

Przekredytowani to tylko cześć klientów, zresztą tak naprawdę są to oszuści, ponieważ pytani o posiadane zadłużenie przez bank podają fałszywe informacje, że są czyści.

Inną sprawą jest, gdy bank wymaga takiej informacji i klient podaje nieprawdziwą odpowiedź. A co, jeśli takiego wymogu w ogóle nie ma? Wtedy klienta nie można nazwać oszustem. On jest raczej nieodpowiedzialny.

To może wystarczy wprowadzić do wniosku kredytowego obowiązek informowania o posiadanym zadłużeniu oraz oblig raportowania przez banki do BIK o kredytach klientów wraz z dochodami?

To za mało. Są jeszcze klienci, którzy ukryją prawdę o swoich zobowiązaniach. Informacja o tym, że jakiś element systemu jest wadliwy rozchodzi się szybko, natychmiast przyciągając oszustów. Niektórzy z wyłudzeń uczynili źródło dochodów.

Banki argumentują, że wyostrzenie zasad weryfikacji klienta podwyższy cenę kredytu. W efekcie, chcąc wyeliminować z systemu nieuczciwych klientów, karze się uczciwych i nieodpowiedzialnych, których jest większość.

To kwestia horyzontu, w którym liczymy koszty. Straty kredytowe są przesunięte w czasie. Mogą się pojawić za rok, dwa. Może się okazać, że bank straci ten kredyt. W pierwszej kolejności zapłacą za to klienci, którzy zaciągają nowe kredyty, jeśli bank np. stosuje strategię: wysokie ryzyko wysoka marża, to płacą właśnie ci uczciwi, którzy biorą kredyt na wysoki procent i regulują zobowiązania terminowo. W drugiej kolejności płacą deponenci, ponieważ bank, dbając o zachowanie marży, np. zmniejsza oprocentowanie lokat albo podnosi opłaty i prowizje (to nieodległe doświadczenia). Koszty takiego wadliwego zarządzania ponoszą zatem nie banki, ale w pierwszej kolejności - klienci.
Zamiast narażać się na straty za kilka lat, lepiej dzisiaj ponieść koszty uszczelnienia systemu. Pojedynczy raport BIK kosztuje 10 zł. Za stracony kredyt za 3 tys. zł bank mógłby kupić 300 raportów. Jeśli uda się uniknąć w tych 300 przypadkach jednego straconego kredytu na kwotę 3 tys. zł, mamy zwrot kosztów, jeśli dwu - oszczędzamy 3 tys. zł. Czy nie lepiej z wyprzedzeniem zainwestować pieniądze w pozyskiwanie informacji? Niestety, zarządy często patrzą przez pryzmat krótkoterminowych zysków.

Teraz chyba już wszystkie banki korzystają z BIK.

Niestety, wystarczyło, że kryzys nie okazał się tak groźny jak się wydawało i już niektórzy zapomnieli o zagrożeniu. Znowu pojawiają się oferty, które z punktu widzenia zarządzania ryzykiem są nieodpowiedzialne.

Kredyty na 100 proc. wartości nieruchomości?

Na przykład. Uważamy, że jest to wystawianie na nadmierne ryzyko zarówno klientów jak i banku.

Zarówno kredyty złotowe jak i walutowe?

Kredyt walutowy stwarza większe zagrożenie,  ponieważ dochodzi ryzyko kursowe. Także wartość zabezpieczenia może się zmienić, co odnosi się również do kredytów złotowych. Kiedy ona spada, wysokość  kredytu może przewyższać wartość zabezpieczenia. W przypadku kredytów walutowych dodatkowo może zmienić się kurs.

Padł postulat, żeby zakazać kredytowania kupna nieruchomości w walutach.

To rozsądny pomysł. Tyle, że mało rynkowy, w sposób nierówny traktowałby banki. W przeszłości niektóre z nich zbudowały portfele kredytowe,  w przeciwieństwie do tych, którzy odpowiedzialnie podchodzą do zarządzania ryzykiem i są bardziej konserwatywni. Uważamy, że jeśli dzisiaj bank ma stabilne źródła finansowania w walucie, to pod warunkiem, że uświadomi klientowi ryzyka, a klient ma odpowiedni bufor na uwzględnienie tych ryzyk na jakie się naraża się, to powinien mieć możliwość kredytowania w walucie.

Projekt rekomendacji zakłada udział klienta na poziomie 20 proc. przy kredytach walutowych. Czy coś się tutaj zmieni?

Jest to jeden z elementów naszych dyskusji z bankami, które domagają się, żeby nie stawiać żadnych sztywnych ograniczeń w rekomendacjach. W rekomendacji S nie było żadnego parametru ustalonego na sztywno, bo założenie było takie, że banki same się ograniczą. Ale się nie ograniczyły. Wręcz przeciwnie, w pewnym momencie znaleźliśmy się na początku ścieżki do subprime. Zjawiska kryzysowe powstrzymały nas na tej drodze. Ale gdyby dobre czasy potrwały jeszcze 2-3 lata? Nawet ci, którzy konsekwentnie twierdzili, że nie będą udzielać kredytów walutowych, w pewnym momencie się złamali.

Co z kredytami złotowymi?

Waluta tylko zwiększa ryzyko, dlatego ten problem trzeba jednak rozwiązać teraz. Banki wprowadzają co prawda ubezpieczenia niskiego wkładu własnego, tylko pytanie, na ile pewne jest uzyskanie ubezpieczenia, jeśli klient przestanie spłacać kredyt. Czy zawsze bank wykaże wypełnienie wszystkich warunków ubezpieczenia? I kolejne: czy ubezpieczyciel ma prawo regresu wobec klienta?

Tym rekomendacja się nie zajmuje.

Ubezpieczenie od niskiego wkładu własnego jest przedmiotem analiz w pionie ubezpieczeniowym KNF. Ubezpieczenie, za które płaci klient, ma chronić klienta. Jeśli bank chce się zabezpieczyć, to trzeba jasno uświadomić klientowi, że to nie on jest chroniony, ale bank.

Banki chcą 12 miesięcy na dostosowanie się o rekomendacji T.

Nie jest wykluczone, że przy niektórych kosztownych, czasochłonnych rozwiązaniach tyle czasu to zajmie.

Czyli od kiedy zacznie obowiązywać, od 2011 r.?

Chcemy zakończyć wdrażanie rekomendacji w 2010 r., być może część rozwiązań  - w końcówce roku.

Banki przestrzegają, że rekomendacja wyhamuje akcję kredytową nawet o 80 proc. A klient, który nie dostanie kredytu w banku pójdzie do pośrednika.

Naszym zdaniem nie ma żadnych analiz, które wskazywałyby, że 80 czy 20 proc. wnioskodawców nie dostanie kredytu. Jest to wyłącznie argument negocjacyjny banków. Prosiliśmy banki o te analizy już w grudniu ubiegłego roku. Do tej pory ich nie otrzymaliśmy. Na ostatnim spotkaniu ustaliliśmy, że analizę wykona nadzór z udziałem banków.
Czy klient pójdzie gdzie indziej? Pytanie jest następujące: czy nadzór ma chronić pożyczkodawcę, który nie zbiera depozytów, tylko pożycza własne pieniądze, czy depozyty zgromadzone w bankach, którymi banki dysponują, pożyczając powierzone im pieniądze? To jest podstawowy cel nadzoru – troska o depozyty, i z niego się wywiązujemy. Nadzorca chroni interes tych, którzy powierzają pieniądze bankom. Jeśli ustawodawca zdecyduje się powierzyć nadzór także nad tymi, którzy pożyczają własne pieniądze, będziemy ich nadzorować. O interesy klientów dbają także inne instytucje.

Rozmawiał: Eugeniusz Twaróg