Premierowi nie udało się przekonać lekarzy, by zrezygnowali z zapowiadanego na dziś strajku. Na przyszły wtorek protest zapowiedzieli nauczyciele. W obu główne żądanie jest takie samo: podwyżki płac. Wiosna pod znakiem protestów w polskiej rzeczywistości nie jest nowością. Tym razem rządowi będzie znacznie trudniej uspokoić nastroje protestujących. To, co dotychczas pracowało na dobry wizerunek rządu — imponujący wzrost gospodarczy — teraz staje się źródłem kłopotów. Sprawiedliwie trzeba jednak przyznać, że lepsze takie kłopoty niż zapaść gospodarcza.
Płacowe żądania nauczycieli i lekarzy nie pojawiły się w momencie, gdy poprawiła się koniunktura gospodarcza. Obie grupy zawodowe, mimo niewielkiej poprawy w kilku ostatnich latach, wciąż zarabiają stanowczo za mało nie tylko w stosunku do swoich aspiracji, ale także do zajmowanego miejsca na drabinie społecznej. Przez ostatnie półtora roku rząd chwalił się znakomitymi wynikami gospodarczymi i teraz nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie: skoro jest tak dobrze, to czemu płace nie rosną. Tym bardziej że z danych GUS wynika, że rosną, a w niektórych branżach wręcz wystrzeliły w górę. Ponadto zwiększyła się — zwłaszcza jeśli chodzi o lekarzy — ich siła płacowego nacisku. Kiedyś mogli co najwyżej zastrajkować. Po wejściu do UE mogą po prostu wyjechać. I coraz częściej tak czynią. Wiele płacowych protestów udawało się lepiej lub gorzej zażegnać obietnicami. Teraz obietnice przestają wystarczać. Nawet gdyby rządowi udało się wysupłać pieniądze na podwyżki, to stanie przed kolejnym problemem. Zgoda na postulaty nauczycieli i lekarzy ośmieli następne grupy społeczne, by zażądać podwyżek. To przyśpieszy wzrost płac, co zwiększy (choć nie przesadnie) groźbę wysokiej inflacji. Zresztą presja płacowa zaczęła się kilka miesięcy temu, obejmuje kolejne branże, a lekarze i nauczyciele jedynie z tej wznoszącej fali płacowej chcą skorzystać.
Rząd wiele razy chwalił się imponującym wzrostem gospodarczym i spotykał się z zarzutem, że chwali się nie swoimi zasługami. Teraz jednak przyszedł czas zapłaty, bo trzeba zmierzyć się z nie swoimi błędami, chociaż należy przyznać, że rząd zaczyna płacić za własne zaniechania. Można oczywiście gasić tu i ówdzie protesty jednorazowymi zastrzykami gotówki. Można też zdać się na rynek, który choć bywa nierychliwy, najczęściej jest sprawiedliwy. W prywatnym sektorze budowlanym już wywindował płace. Gdyby wpuścić nieco rynku do szkół i szpitali (np. bon oświatowy, ubezpieczenia zdrowotne), prędzej czy później byłoby podobnie. A tak rząd ma kłopot. Oby nie podzielił się nim z podatnikami.
Adam Sofuł