Kujawy i Pomorze mają dwie stolice i co najmniej dwie władze. Porozumienia próżno by między nimi szukać.
Problemy kujawsko-pomorskich przedsiębiorców są podobne do tych, które ma biznes w innych regionach. Kuleje planowanie przestrzenne, urzędnicy nie spieszą się z wydawaniem pozwoleń na budowę, niedomaga infrastruktura. Pod względem dostępnego kapitału pożyczkowego woj. kujawsko-pomorskie znajduje się na 15 miejscu w rankingu 16 polskich województw. Co roku z rynku znika około 6 tys. małych lokalnych firm. Lista jest długa, jednak to, co najbardziej frapuje przedstawicieli organizacji okołobiznesowych i firmy, odbiega od typowych zmartwień polskich przedsiębiorców.
— Toczy się walka o palmę pierwszeństwa i rolę stołecznego ośrodka między dwoma największymi miastami — Bydgoszczą i Toruniem. Traci na tym biznes, który chce porozumienia. Tymczasem bygdoski urząd wojewódzki i toruński urząd marszałkowski nie za bardzo mogą się dogadać — mówi Andrzej Matusewicz, dyrektor bydgoskiej loży BCC.
Trzy silne ośrodki
Wizja przedstawicieli kujawsko-pomorskiego samorządu gospodarczego opiera się na współpracy pomiędzy większymi ośrodkami miejskimi w regionie. Liczący 206 tys. mieskańców Toruń z tradycjami i dorobkiem naukowym, przemysłowa Bydgoszcz i turystyczno-wypoczynkowy Inowrocław (79,5 tys. mieszkańców) miałyby stworzyć replikę pomorskiego Trójmiasta. Bydgoszcz ma 360 tys. mieszkańców, nie spełnia wyznaczonych przez ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym kryteriów metropolii, bo dolna granica to 500 tys. osób. A to ma swoje konsekwencje w postaci trudniejszego dostępu do środków unijnych.
— Połączenie z dwoma sąsiednimi miastami dałoby nam szansę do tej granicy doskoczyć. Mam wrażenie, że toczy się pojedynek, który urząd, gdzie i ile ma szyldów. Traci na tym region i przedsiębiorcy — mówi Andrzej Matusewicz.
Żyzna gleba wokół Torunia
20 mln zł z unijnych funduszy dostał na inwestycje drogowe Toruń, Bydgoszcz — 4 mln zł, a Inowrocław ani złotego.
— Takie dane budzą emocje. Wśród bydgoskich przedsiębiorców krążą opinie, że toruński urząd marszałkowski, dyspozytor unijnych środków, użyźnia tylko lokalną glebę, a Waldemar Achramowicz, marszałek województwa, robi sobie kampanię wyborczą — opowiada Andrzej Matusewicz.
Także zdaniem Piotra Maternowskiego, dyrektora Kujawsko-Pomorskiej Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Bydgoszczy, większość inicjatyw ogranicza się do Torunia.
— Był raport Najwyższej Izby Kontroli na temat pracy toruńskiego urzędu marszałkowskiego. Stwierdzono w nim nieprawidłowości w rozdziale środków na projekty realizowane ze Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Rozdział był zorientowany na Toruń — mówi jeden z konsultantów w punkcie doradczym PARP w Bydgoszczy.
Romuald Kosieniak, wojewoda kujawsko-pomorski, tłumaczy te dysproporcje małą ilością wniosków o dotacje, jakie składają m.in. samorządy lokalne. Te, które wpływają, często roją się z kolei od błędów.
— Wojewoda nie może jednak dać weta marszałkowi, który sam rozdziela środki i określa priorytety — mówi konsultant.
Wcale nie tak dobrze
Kazimierz Andrzej Madrak, dyrektor toruńskiej loży BCC, o zdanie na temat dwuwładzy w Toruniu i Bydgoszczy odsyła do kolegi z bydgoskiej BCC. Pieniądze na infrastrukturę płyną strumieniem w okolice Torunia, ale według dyrektora, specjalnych efektów nie widać.
— Do tej pory z zapowiadanej autostrady A1 powstał tylko odcinek — most autostradowy pod Toruniem. Źle przedstawia się sprawa komunikacji przez Wisłę, brakuje mostów — wylicza Madrak.
Kazimierz Andrzej Madrak warunki dla rozwoju przedsiębiorczości w rejonie Torunia ocenia na trochę poniżej średniej krajowej.
— Chwalę Brodnicę, gdzie zawsze pali się zielone światło dla inwestorów, Złąwieś Wielką, Lubicz. Najgorzej jest w Grudziądzu — mówi dyrektor toruńskiego BCC.
Podkreśla jednak, że kontakt z władzami marszałkowskimi wcale nie jest utrudniony. Przedstawiciele BCC mają np. możliwość opiniowania zasadności wykorzystania środków unijnych ze ZPORR.


