Leszek Cichy poprowadził

Karolina Guzińska
opublikowano: 2002-12-06 00:00

Statystyki nie kłamią: szczyt Kilimandżaro — czyli Uhuru Peak (5895 m) — zdobywa 25 proc. osób, wyruszających spod bramy Parku Narodowego Kilimandżaro. Toteż i menedżerowie — ochotnicy, którzy wzięli udział w listopadowej wyprawie, prowadzonej przez Leszka Cichego (alpinistę, zimowego zdobywcę Mount Everestu i posiadacza Korony Ziemi) — bali się, że zabraknie im sił. Bo najczęściej to „ludzie zza biurek”. W wolnych chwilach ćwiczą w siłowni, pływają, lub grają w tenisa. Ale czy to systematyczny, ciężki trening?

— Kilka tygodni przed wyjazdem dałem wszystkim wskazówki, jak powinni przygotowywać się do wyprawy. Kładłem nacisk na trening wysiłkowy — zwłaszcza na biegi i marszobiegi. Podczas ekspedycji było widać, kto trenował, a kto nie... — podkreśla Leszek Cichy.

Przewodnictwo nad grupą amatorów to jego pierwsze doświadczenie tego typu. Alpinistę zaskoczyła siła woli i determinacja podopiecznych — tylko 2 z 10 osób biorących udział w wyprawie nie osiągnęły celu. Grupa Polaków, których życiowe rekordy to tatrzańskie szczyty, wypadła znacznie lepiej niż pozostali śmiałkowie, marzący o wierzchołku Uhuru Peak.

— Sądzę, że pomogła socjotechnika. Grupa wspierała się nawzajem i napędzała — trudno przecież zrezygnować, gdy kolega idzie dalej. Jeśliby każdy z tych ludzi wchodził oddzielnie, większość nie dotarłaby do celu — komentuje Leszek Cichy.

Uczestnicy wyprawy doceniają psychiczne wsparcie od innych członków grupy.

— Możliwości człowieka są ograniczone... Tego nauczyło mnie Kilimandżaro. Gdyby było wyższe choćby o 500 m, nie stanęłabym na szczycie. Sięgnęłam granic swoich możliwości. Inni pomogli. Nie rozmawialiśmy wiele, bo na dużych wysokościach nawet rozmowa męczy. Ale przypominaliśmy sobie nawzajem, że trzeba równo iść i właściwie oddychać. Dodawaliśmy sobie otuchy. Częstowaliśmy się czekoladą, gorącą herbatą — czym kto miał... — opowiada Elżbieta Kramek, kierownik działu przyłączania dużych odbiorców w Gazowni Warszawskiej.

Leszek Cichy bał się konfliktów wśród nie znających się nawzajem osób. Utarczek, wywołanych trudnymi warunkami na szlaku i napięciem psychicznym. Ale nie martwił się, że może ich spotkać coś złego.

— Z drogi na Uhuru Peak łatwo zawrócić. Bez problemu można też znieść poszkodowanego — tłumaczy.

Być może z tego względu ludzie czasem bagatelizują Kilimandżaro, określając je mianem „trochę większej Babiej Góry”. A niesłusznie. Chociaż trasa nie jest trudna technicznie, uczestników wypraw dziesiątkują objawy choroby wysokościowej. Bardzo nieprzyjemne: brak tchu, mdłości, wymioty, bóle głowy, drżenie rąk...

— Pilotuję samolot. Mam licencję nurka. Opłynąłem jachtem Falklandy. Byłem na biegunie północnym — w ekstremalnych warunkach, potwornym zimnie, maszerowałem, ciągnąc wyładowane sanki. A na szczyt Kilimandżaro nie wszedłem, chociaż uważałem się za pewniaka — żali się Jacek Olesiński, właściciel Carolina Car Company, dealera Toyoty.

Przyznaje, że tę wyprawę potraktował jak wycieczkę. Tymczasem nauczyła go pokory i respektu dla gór.

— Nie należy być zbyt pewnym siebie. Trywialne i prawdziwe. Dziwię się tylko, że tę nauczkę dało mi Kilimandżaro, a nie Himalaje... — mówi Jacek Olesiński.

Najbardziej żałuje, że nie dane mu było oglądać wschodu słońca na szczycie. A to ponoć niezwykłe doświadczenie — stać na śniegu w sercu Afryki, podziwiając majestat góry...

— Mam nadzieję, że w przyszłym roku stanę na Uhuru Peak — obiecuje sobie Jacek Olesiński.

Warunki na wysokości 4-5 tys. metrów powyżej poziomu morza zaskoczyły także innych uczestników wyprawy. Kłopoty z aklimatyzacją miał każdy.

— Wędrowaliśmy 7-10 godzin dziennie. Po przekroczeniu 3,7 tys. metrów szło się coraz trudniej. Spadało ciśnienie, ciężko się oddychało... Oderwanie stopy od ziemi było ciężką pracą. Zdobycie każdych stu metrów wymagało samozaparcia. Ale satysfakcji z dotarcia do celu, który w chwilach zwątpienia wydawał się nieosiągalny, nie da się z niczym porównać! — opowiada Marcin Tadeusiak, dyrektor firmy J. T. Zakład Budowy Gazociągów.

Ludzie uczą się na błędach. Także na urlopie. Dariusz Wnuk, właściciel firmy Florexpol Baseny i Sauny, zmarzł i obtarł sobie nogi. Z własnej winy — wybrał zły ekwipunek.

— Nie jestem z górami za pan brat. Po prostu nagle zachciało mi się coś zdziałać, więc wstałem zza biurka i pojechałem do Afryki. Byłem „leżakiem” — a chciałem zostać turystą. Solidnie trenowałem półtora miesiąca przed wyprawą, nie miałem więc kłopotów z kondycją. Mój pech to ekwipunek. Kupiłem kurtkę przeciwdeszczową i przeciwwiatrową. Przynajmniej tak mi się wydawało... Okazało się jednak, że okrycie chroni tylko przed deszczem. Popełniłem też błąd, zabierając nierozchodzone buty. W efekcie zaatakowałem Uhuru Peak w adidasach, potem w butach trekkingowych. Nie bacząc na skutki — wspomina.

Inny uczestnik wyprawy zdobywał Kilimandżaro w... klapkach. A Dariusz Wnuk za brak doświadczenia zapłacił frycowe raz jeszcze.

— Nie byłem w stanie dopasować się do zmiennego tempa grupy. Chciałem przyspieszyć, iść własnym rytmem. Nie zdawałem sobie sprawy, że rozrzedzone powietrze wymusza oszczędność ruchów. Próbując wyprzedzić innych, poczułem się fatalnie... — dodaje.

I jego ta wyprawa nauczyła czegoś więcej niż tylko smaku przygody.

— Teraz wiem, że jeśli człowiek wyznaczy sobie cel i rozsądnie się przygotuje, jest w stanie go osiągnąć — twierdzi Dariusz Wnuk.

Mimo wysiłku i spartańskich warunków (noclegi w domkach z bali, bez ogrzewania — a w nocy temperatura spadała), wyprawa z nawiązką spełniła oczekiwania uczestników. Największe wrażenie wywarła na nich zmienna przyroda Kilimandżaro. Widzieli tropikalny las, wulkany i lodowce. Wschody i zachody słońca. Byli nad chmurami.

— Powyżej 3,7 tys. m wszystko pustynnieje. Nie ma roślinności ani zwierząt. Krajobraz staje się monumentalny. Momentami groźny — opisuje Elżbieta Kramek.

Wyruszyła na wyprawę do Afryki, bo zapragnęła niestandardowych wrażeń.

— To duży wysiłek dla organizmu, mimo że jestem wysportowana. Wejście na Uhuru Peak wymagało dużo więcej silnej woli i determinacji, niż myślałam. Ale warto było! Co to był za urlop! — zapewnia.

Afryka z perspektywy Kilimandżaro zachwyciła także Dariusza Wnuka. Odbiegała od komercyjnego standardu Tunezji czy Egiptu: pustynia, słońce, wielbłądy...

— Podczas podchodzenia pod górę, lodowiec na Kilimandżaro wygląda niepozornie. Ot, łatka śniegu. Tymczasem spoglądając ze szczytu widać, że to ściana lodu. Wrażenie? Niesamowite — przecież to Afryka! A jaką ten lód ma kolorystykę w blasku wschodzącego słońca — entuzjazmuje się Dariusz Wnuk.

Kilimandżaro dostarczyło zdobywcom nie tylko wyzwań sportowych i przeżyć estetycznych. Podczas wyprawy wyciszyli się, oderwali od codzienności.

— Każdy z nas prowadzi biznes: problemy i problemy. Wyprawa pozwoliła się od tego zdystansować. Zmagania z naturą i własnymi słabościami ujęły ciężaru kłopotom zawodowym — twierdzi Marcin Tadeusiak.

Możesz zainteresować się również: