Liberalizacja wlecze się jak żółw

Marcin Złoch
opublikowano: 10-03-2004, 00:00

Swobodny wybór operatora to podstawowa zaleta liberalizacji rynku telekomunikacyjnego. Na razie jednak proces raczkuje.

Początek lat 90. przyniósł ze sobą start procesu liberalizacji rynku połączeń telekomunikacyjnych. Pojawiły się podmioty konkurujące z TP SA.

— Liberalizacja oznacza umożliwienie chętnym graczom rozpoczęcie świadczenia usług. Efektem tego dla abonentów jest konkurencyjność, a więc obniżenie cen. Pierwszy etap to uwolnienie w 1991 r. rozmów lokalnych, potem w 2001 r. międzystrefowych, aż po 2003 r., w którym zliberalizowano sektor połączeń międzynarodowych. Proces przebiegał wolno, bo w międzyczasie trwała prywatyzacja TP. Zbyt wcześnie uwolniony rynek mógł zaniżyć cenę sprzedaży państwowego operatora — uważa Maciej Janas, członek zarządu GTS Polska.

— Liberalizacja miała dać klientom swobodę wyboru operatora. Na razie zmiany są niewielkie, przedłuża się czas wprowadzenia usług. Co jakiś czas któryś z operatorów występuje ze skargą na TP SA, czy to do sądu, czy do URTiP — twierdzi Jacek Godlewski, zastępca dyrektora działu zarządzania i rozwoju produktów Netii.

Wstępna euforia

Pilicka Telefonia jest lokalnym operatorem telekomunikacyjnym, świadczącym usługi na terenie trzech byłych województw: radomskiego, piotrkowskiego i tarnobrzeskiego. Według Jarosława Bartosiaka, dyrektora sprzedaży i obsługi klienta Pilickiej Telefonii, o wpływie deregulacji na konkurencję w ostatnich latach świadczą dobitnie dwa fakty: wejście NOM na rynek usług międzystrefowych, a następnie Tele 2. Jego zdaniem, na reakcję rynku nie trzeba było długo czekać: po początkowej euforii okazało się, że rozwiązania prawne i formalne nie zostały przygotowane na tyle, aby zapewnić operatorom realizację planów.

— Do tej pory jeszcze nie mamy dopracowanego modelu rynku rozliczeń międzyoperatorskich, który odgrywa fundamentalne znaczenie — dodaje Jarosław Bartosiak.

Braki prawne

Przedstawiciele operatorów alternatywnych przyznają, że wypełnianie przepisów prawa telekomunikacyjnego cały czas napotyka spore trudności.

— Liberalizacja jest potrzebna, ale prawo nie spełnia do końca swej roli. URTiP ma zbyt słabe instrumentarium, niedoskonałe prawo i narzędzia, którymi mógłby oddziaływać na operatora narodowego. Proces na pewno nie jest zakończony, ale już widać pozytywne skutki, np. obniżenie cen hurtowych i detalicznych. Zyskują na tym abonenci — przekonuje Tadeusz Kostka, prezes Telefonii Dialog.

Obecnie operatorzy alternatywni zagospodarowali około 10 proc. rynku. Reszta to domena TP SA.

— Istotna jest rola prawa i regulatora, który powinien stymulować i ułatwiać wejście konkurentom dominującego operatora na rynek. URTiP powinien być mediatorem, a zawarcie umowy interkonektowej ciągle nie jest łatwe. Nam proces przed URTiP zajął około roku, przy 60 dniach, o których mówią zapisy prawa — zaznacza Maciej Janas.

Wspólna Europa

Liberalizacja krajowego rynku nie jest końcowym procesem. Po integracji z UE Polska stanie otworem przed graczami z terenu Unii.

— Nowe dyrektywy europejskie pozwalają na rzeczywiste odchodzenie od narodowych regulacji. Idea deregulacji będzie polegać na tym, że wraz ze wzrostem konkurencyjności rynku coraz większe znaczenie będą miały przepisy Unii Europejskiej — twierdzi Jarosław Bartosiak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Złoch

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Innowacji / Technologie / Liberalizacja wlecze się jak żółw