Listonosz na swoim

Barbara Warpechowska
10-03-2006, 00:00

Czy list polecony musi kosztować 3,50 zł? Tomasz Bodach, twórca Miejskiej Poczty Doręczeniowej w Rybniku za taką przesyłkę kasuje zaledwie złotówkę. I dlatego ma kłopoty.

Kłopoty ma dlatego, że to, co robi, niezgodne jest z przepisami prawa pocztowego. Co chwilę więc odwiedzają go kontrolerzy i nakładają kary. Już uzbierało się ponad 30 tys. zł. Bodach jest uparty. Protokoły podpisuje, kontrolerów traktuje uprzejmie, kar nie płaci i odwołuje się do sądu. Mówi, że jeśli będzie trzeba, to poskarży się do Strasburga.

Spór zaczął się na początku lipca ubiegłego roku, kiedy w Rybniku zaczęła oficjalnie działać Miejska Poczta Doręczeniowa (MPD). Jej twórca przez wiele lat był pracownikiem Poczty Polskiej.

— Byłem listonoszem, asystentem pocztowym, a później naczelnikiem jednego z urzędów pocztowych w Gliwicach. Projektowałem też znaczki — opowiada Bodach.

— Gdyby chodziło o kogoś, kto nie zna przepisów prawa pocztowego, to byśmy go pouczyli. Ale on — pocztowiec? Dobrze je zna — w głosie Jacka Strzałkowskiego, rzecznika Urzędu Komunikacji Elektronicznej, słychać zdziwienie.

Co mówi prawo?

Poczta Polska zażądała interwencji Urzędu Regulacji Telekomunikacji i Poczty (poprzednik dzisiejszego Urzędu Komunikacji Elektronicznej). Okazało się, że MPD nie ma zezwolenia na działalność, bo nigdy o nie się nie starała.

— Świadczenie usług pocztowych w Polsce, tak jak i w innych krajach Unii Europejskiej, jest działalnością regulowaną przez państwo. To oznacza, że należy uzyskać zezwolenie prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Za jego wydanie trzeba zapłacić 600 zł. Podmiot, który uzyskał zezwolenie, jest wpisywany do rejestru operatorów pocztowych — wyjaśnia Strzałkowski.

W końcu lutego w rejestrze było 116 operatorów pocztowych. Są w nim na przykład firmy kurierskie.

Dlaczego Bodach nie wystąpił o zezwolenie i wpis do rejestru?

— Wtedy musiałbym pobierać dwa i pół razy wyższe opłaty niż Poczta Polska. Tak wynika z przepisów prawa pocztowego. List polecony kosztowałby wówczas prawie 10 zł. Kto by korzystał z naszych usług? Od razu mógłbym firmę zamknąć — tłumaczy Bodach.

Zarejestrował więc MPD jako przedsiębiorstwo doręczeniowe. Nikt tego nie zakwestionował. W dokumentach firmy na podstawie Polskiej Klasyfikacji Działalności wpisał: „64.11Z”, czyli działalność operatora publicznego, i „64.12B” — działalność pocztowa. Urząd miejski wpisał firmę do rejestru. Urząd statystyczny nadał Regon.

— Zgodnie z ustawą o swobodzie gospodarczej, jeśli przedsiębiorca spełnił wymagane warunki, to musimy wpisać firmę do ewidencji. Prowadzenie poczty to niejedyne zajęcie, na które należy uzyskać zezwolenie, koncesję lub mieć odpowiednie uprawnienia. Dotyczy to choćby sprzedaży paliw, agencji nieruchomości czy architektów. Często jest tak, że dopiero przedsiębiorca, nie zaś osoba prywatna, może ubiegać się o owe zezwolenie, więc musi być wpisany do ewidencji — tłumaczy Olga Wilczek-Kaczyńska z Wydziału Rozwoju Promocji Gospodarczej i Integracji Europejskiej Urzędu Miejskiego w Rybniku.

Strzałkowski dziwi się, dlaczego urząd miejski nie wszczął procedury wykreślenia Miejskiej Poczty Doręczeniowej, skoro nie ma zezwolenia UKE.

— Nie możemy tego zrobić bez wyroku sądowego — mówi Wilczek-Kaczyńska.

Przy okazji wychodzi, że MPD jest oficjalnie zarejestrowana na Antoniego Bodacha.

— Ojciec jest emerytem, nie musi płacić 700 zł na ZUS. Jestem jego pełnomocnikiem — tłumaczy Tomasz Bodach.

Ludzie mało piszą

Z usług prywatnej poczty szybko zaczęli korzystać mieszkańcy Rybnika. Kilka tygodni po jej uruchomieniu rybnicki oddział Lucas Banku podpisał umowę na dostarczanie korespondencji swoim klientom, mieszkającym w gminach obsługiwanych przez MPD. Transakcja opłacała się bankowi. Za doręczenie listu poleconego z tzw. zwrotnym potwierdzeniem odbioru Poczta Polska pobiera 3,50 zł, natomiast Miejska Poczta Doręczeniowa tylko złotówkę. Nic więc dziwnego, że w ślad za bankiem poszła Rybnicka Spółdzielnia Mieszkaniowa i straż miejska.

Bodach przyznaje, że dostarcza niewiele korespondencji prywatnej. Główne źródło utrzymania to klienci instytucjonalni. Niedawno MPD doręczała adresatom mandaty wysyłane przez wodzisławską straż miejską. Być może już wkrótce nawiąże współpracę z magistratem w Czerwionce-Leszczynach.

Firma zatrudnia kilku listonoszy, którzy dowożą listy w promieniu 30 km od Rybnika do Żor, Jastrzębia, Wodzisławia i Raciborza.

Będą nas tysiące

Miejska Poczta Doręczeniowa ma własne katalogi, znaczki, a nawet koperty. Zgłasza się też coraz więcej kolekcjonerów.

— Sprzedałem filateliście z Kolonii 80 kompletów naszych znaczków — opowiada Bodach.

Jak mówi, jego znaczki można już kupić na internetowym portalu aukcyjnym Allegro. Przed wyborami do parlamentu wypuścił znaczek z wizerunkiem jednego z kandydatów, gotów jest też przygotować znaczki o charakterze reklamowym.

Poczta znalazła siedzibę w budynku Cechu Rzemiosł w centrum Rybnika. Po kilku miesiącach przeniosła się kilka numerów dalej. Mieści się na parterze. W dużym pomieszczeniu stoły, biurka. Porozkładane koperty, różnokolorowe arkusze znaczków oraz katalogi Miejskiej Poczty Doręczeniowej. Na jednym z biurek kilkanaście pieczątek...

Na ścianie duża mapa Polski. Bodach pokazuje szpilki. Oznaczają miejsca, w których już działają lub niedługo rozpoczną prace kolejne filie.

— Kraków, Rzeszów, Głogów, Łódź, Piotrków Trybunalski, Zawiercie, Warszawa, Kielce, Poznań, Szczecin — wymienia Bodach i dodaje:

— Zwróciła się do nas Polska Agencja Finansowa, która ma mnóstwo punktów. Rozmawiamy też z Kolporterem, w którego salonikach prasowych powiesimy nasze skrzynki pocztowe.

Chciałby, aby takich filii do końca roku powstało tysiąc.

— Jak będzie nas dużo, trudniej będzie nas zgnieść — mówi.

Podaje kilka nazwisk i telefonów do zainteresowanych kooperacją drobnych przedsiębiorców.

Rzecznik UKE twierdzi, że tylko w Krakowie próbowano otworzyć filię.

— Osoba ta jednak zrezygnowała, kiedy dowiedziała się, iż prowadzenie działalności na wzór MPD z Rybnika jest niezgodne z prawem pocztowym. Pozostałe deklaracje Bodacha o otwieraniu kolejnych punktów w Polsce dotąd nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości gospodarczej — twierdzi Strzałkowski.

Dzwonię do chętnych, których podał mi Bodach.

Olgierd Cyburt z Rzeszowa zajmuje się pośrednictwem finansowym. W ubiegłym tygodniu rozpoczął działalność pocztową. Wysyła oferty do firm.

— Jestem pełnomocnikiem Bodacha. Podpisaliśmy umowę — mówi Olgierd Cyburt.

Również Marcin Kowalski z Głowna koło Łodzi działał w imieniu Bodacha. To niejedyna jego działalność. Prowadzi punkty kasowe oraz zajmuje się tłumaczeniami. Wścieka się na jakość usług Poczty Polskiej.

— Szlag mnie trafiał! Jak przychodził cienki list za pobraniem kilkuset lub kilku tysięcy złotych, to najczęściej był rozbebeszony. A w środku było tylko tłumaczenie dokumentu. Współpracuję z tłumaczami przysięgłymi z całej Polski — opowiada Kowalski.

Kowalski ma cztery punkty. Dwa w Głownie, po jednym w Łowiczu i w Jeżowie koło Rawy Mazowieckiej. Teraz zaprzestał działalności pocztowej, bo przygotowuje nową umowę, w której precyzyjniej będzie określona odpowiedzialność Bodacha.

Pocztowym pomysłem zainteresowała się również Polska Agencja Finansowa z Białegostoku (PAF).

— Jesteśmy w spisie operatorów pocztowych. Zajmujemy się skrytkami pocztowymi oraz dostarczaniem przesyłek adresowych i bezadresowych powyżej 50 g. Nasi prawnicy zastanawiają się, jak obejść przepis, w myśl którego za przesyłki do 50 g musielibyśmy brać dwa i pół razy wyższe opłaty niż Poczta Polska. Myślimy o jakimś systemie opustów i zniżek. Zgadzamy się z Bodachem, że żaden monopol nie służy klientom. Ale on działa poza prawem. Dlatego szukamy innej drogi — tłumaczy Grzegorz Ignatowicz z PAF.

Rozstrzygnie sąd?

Urząd Komunikacji Elektronicznej nie daje za wygraną. Żąda zamknięcia MPD. Kiedy byłam w Rybniku, przyjechały dwie kontrolerki z siemianowickiego oddziału UKE. Chciały sprawdzić, czy Tomasz Bodach podporządkował się wcześniejszym pokontrolnym decyzjom prezesa.

— Nie zastosowałem się do żadnej. Wszystkie zmierzały do jednego: miałem zamknąć moją pocztę — mówi Bodach.

Kontrola przebiegała w przyjaznej atmosferze. Bodach podpisał protokół. Nie miał do niego żadnych uwag.

— Kontrola stwierdziła tylko fakty, których wcale się nie wypieram — komentuje krótko.

Przekazał też kolejne koperty z nowymi pieczątkami MPD dla szefa urzędu.

Co jakiś czas otrzymuje kary za niedostosowanie się do decyzji.

— Najpierw było 20 tys. zł, później dwa razy po 5 tys. zł. Żadnej nie płacę, odwołuję się do sądu — mówi Bodach.

Zapowiedział, że nie zamknie swoich placówek. Nie zamierza też starać się o zezwolenie, bo w takim wypadku firma musiałaby znacznie podnieść ceny swoich usług.

Zdaniem Bodacha, przepisy prawa pocztowego utrwalają monopol Poczty Polskiej, zmuszając konkurencję do stosowania zawyżonych cen i są sprzeczne z konstytucją oraz z przepisami ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Uprzedza, że zaskarży decyzję urzędu do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu. Już odwołał się od decyzji UKE nakazującej zamknięcie MPD, teraz czeka na wyznaczenie terminu rozprawy przez sąd. Czy ostateczny werdykt zapadnie w ciągu najbliższych dwóch lat? Mało prawdopodobne. A potem zmienią się przepisy.

Dziś w każdym kraju należącym do Unii Europejskiej działają operatorzy publiczni (z reguły dotychczasowi państwowi monopoliści), którzy zgodnie z przepisami unijnymi mają wyłączność (tzw. obszar usług zastrzeżonych) na przesyłki pocztowe o wadze do 50 gram jeszcze do końca 2008 r. Po tej dacie na wspólnym rynku unijnym nie znikną wszelkie bariery wagowe na przesyłki, ale nadal będzie trzeba uzyskać odpowiednie zezwolenie. W przypadku Polski wydaje je prezes UKE.

Jest o co się bić

Kiedy wypytuję o finanse, Bodach zasłania się księgową i poufnością informacji. W końcu przyznaje, że firma dostarcza około 20 tys. listów miesięcznie. Za każdy kasuje złotówkę, więc zarabia blisko 20 tys. zł. Po opłaceniu rachunków, pensji, na czysto zostaje mniej więcej 5 tys. zł.

Gdy pytam, czy z zawartych umów na prowadzenie punktów ma jakieś pieniądze, Bodach twierdzi, że nie.

Olgierd Cyburt nie chce na ten temat mówić, zasłaniając się tajemnicą handlową. Ale Marcin Kowalski z Głowna przyznał, że miał standardową umowę, jak wszyscy. 10 proc. dostawał Bodach, 90 proc. zostawało dla nich. Kowalski swoje obroty pocztowe ocenia na 9 tys. zł miesięcznie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Barbara Warpechowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Listonosz na swoim