Zdaniem jedynego polskiego kosmonauty loty komercyjne przynoszą korzyści i organizatorom, i pasażerom. Dla pierwszych są metodą obniżenia kosztów wyprawy, dla drugich — szybko zwracającą się inwestycją.
„PB”: Na to pytanie odpowiadał Pan zapewne setki razy, jednak nie wyobrażam sobie, że mogłabym go nie zadać. Jak to jest, być w kosmosie?
Mirosław Hermaszewski: Rzeczywiście, jest pani przedstawicielką kolejnego pokolenia, które zadaje mi to pytanie. Cieszę się, że młodzi ludzie na nowo żywo interesują się tym tematem. Człowiek lata w kosmos już od 40 lat, a marzył o tym dużo, dużo wcześniej. Kosmos pozostaje dla nas środowiskiem niedostępnym i tajemniczym, pobudzającym ludzką wyobraźnię i pragnienie tego, żeby się tam znaleźć i zobaczyć na własne oczy. Kiedy Gagarin znalazł się w kosmosie, krzyknął: Jak tu pięknie! Wówczas nie zdawałem sobie jeszcze sprawy ze znaczenia tych słów. Pamiętam jednak swoje przeżycia z dzieciństwa i młodości, kiedy pierwszy raz wszedłem na drzewo, wdrapałem się na Pałac Kultury, czy osiągnąłem szybowcem wysokość 400 m. Wydawało mi się, że sięgnąłem nieba. I tak piąłem się coraz wyżej i wyżej, spodziewając się, że tam będzie jeszcze piękniej.
Kiedy sam znalazłem się w kosmosie, przekonałem się, że jest to miejsce, którego nie można porównać z żadnym innym. Widać stamtąd Ziemię zawieszoną w przestrzeni. Ona jest kolorowa, a kosmos czarny. I to wszystko jest w ciągłym ruchu. Ten ruch nie ogranicza się jednak do zmiany położenia. To również zmiana barw, ich intensywności, nasycenia — wszystkiego naraz. Obecność w kosmosie jest przede wszystkim ogromnym przeżyciem estetycznym, które stopniowo przeradza się w głębokie doznanie duchowe.
- A co się czuje po powrocie na Ziemię, kiedy dopada człowieka świadomość, że osiągnął już najwyższy szczebel drabiny, po której piął się całe życie?
— Do pewnego momentu człowiek nie potrafi właściwie ocenić i docenić własnego życia. Nie ma rzeczy wiecznych. Dotyczy to również naszych marzeń. To, że byłem bardzo wysoko i daleko, nie znaczy, że wszystko już w życiu osiągnąłem. To był tylko pewien etap. Przyznaję, że lot w kosmos był moim największym marzeniem. Kiedy znalazłem się w gwiezdnym miasteczku, poczułem, że w moim życiu szykuje się coś fantastycznego, że muszę zrobić wszystko, aby tę szansę wykorzystać. Chciałem polecieć... i w pewnym momencie to się stało. Kiedy wylądowałem na Ziemi, któryś z dziennikarzy zapytał mnie, co teraz myślę. Odpowiedziałem, że jestem szczęśliwy z bezpiecznego powrotu, ale czuję wielki żal, że ta piękna przygoda już się skończyła. Czy poleciałbym jeszcze raz? Choćby zaraz. Po tym wszystkim zastanawiałem się, czy są granice niemożliwości. Mój lot w kosmos wydawał się niemożliwy, a jednak się odbył. Los płata różne figle. Dlatego staram się być optymistą. Ten optymizm przywiozłem właśnie z kosmosu. Po powrocie stamtąd życie staje się inne, ciekawsze. Człowiek pokornieje, nabiera dystansu do wielu spraw.
- Na przykład krytyki, nieprzychylnych opinii?
— Może i były jakieś nieprzyjemne sytuacje, ale to było tak dawno, że już o tym zapomniałem. Myślę, że takie zachowania wynikają z ludzkiej ułomności, a dla niej trzeba znaleźć wyrozumiałość. Wydaje mi się, że warto pamiętać tylko te miłe przeżycia. Jaki jest sens nosić na sobie ten kurz? Ja go otrzepuję.
- Czy loty kosmiczne stały się na tyle pospolite, że może się tam wybrać każdy turysta, tak samo jak w podróż samolotem czy autobusem?
— Człowiek szybko zrozumiał, że przestrzeń jest dla niego środowiskiem nieprzyjaznym, wymagającym „ptasiego zmysłu”. Po lotach pierwszych samolotów, pilotowanych przez ich konstruktorów, rozpoczęto bardziej przemyślaną selekcję kandydatów. Wiadomo — ślepy nie poleci, chory też nie. Zaczęto szukać kryteriów, powstała cała nauka — medycyna lotnicza. Kiedy Gagarin poleciał w kosmos, zdano sobie sprawę z tego, że takie loty wymagają od pilota szczególnych cech. Przede wszystkim doskonałego zdrowia, ale też pewnych dodatkowych predyspozycji. Dlatego pierwszych kosmonautów wybierano spośród lotników wojskowych — sprawdzonych, zaprawionych, ale przede wszystkim rozumiejących przestrzeń. Dlatego dość późno do grona kosmonautów zaczęli przenikać pierwsi cywile. Na początku konstruktorzy statków kosmicznych, później politycy, dziennikarze, aż w końcu przyszła kolej na kosmicznych turystów.
- Co profesjonalni kosmonauci sądzą o, powiedzmy, komercyjnych pasażerach.
— Z tym bywa różnie. Zdarza się, że leci ktoś, kto nie mając o tym wszystkim pojęcia, próbuje odgrywać rolę eksperta. Tak było na przykład z pierwszym lotem Paturina, szefa bezpieczeństwa narodowego w biurze Jelcyna, którego „zadaniem” było dokonanie oceny, czy stacja Mir nadaje się jeszcze do eksploatacji. Takich pasażerów nie sposób traktować poważnie. Jednak to oni ciągną za sobą ogon pieniędzy. A wydatki na lot w kosmos są ogromne. Każda wyprawa jest określonym eksperymentem naukowym, którego koszty mogą się w pewnym stopniu zwracać właśnie dzięki lotom komercyjnym.
Pierwszą osobą, która poleciała w kosmos za pieniądze inne niż podatników, był japoński dziennikarz — Tochiro Akijama. Zapłaciła za niego redakcja. Wielkim szacunkiem darzymy Denisa Tito. Pracował on jako specjalista przygotowujący lot na Wenus i na Marsa. Znał mechanikę lotu, ale nie znał aspektu psychologicznego, który można sobie uświadomić dopiero wtedy, kiedy człowiek siedzi już w tym żelastwie. I właśnie tę wiedzę za gigantyczne pieniądze kupił sobie Tito.
Ktoś mógłby powiedzieć, że wydanie 20 mln USD na spełnienie swojej prywatnej zachcianki, podczas gdy na Ziemi panuje głód i bieda, jest czymś niestosownym. Oczywiście nie można być obojętnym na niedolę innych, jednak pogłębianie się przepaści społecznych jest naturalnym następstwem postępu cywilizacyjnego. Podejmowano już próby stworzenia świata idealnego, w którym wszyscy byliby równi i guzik z tego wyszło. Osobiście w pełni popieram dążenie Tito do poznania przestrzeni. Mógł przecież przegrać te pieniądze w ruletkę albo kupić kolejny dom, w którym by nawet nie bywał. Cenię właśnie takich ludzi, którzy mają w swoim życiu jakiś głębszy cel. Ja rozmawiałem z Tito, robiłem z nim w zeszłym roku testy na nieważkość. Ten człowiek chłonął każde moje słowo. Uważam, że w pełni zasłużył sobie na to przeżycie i bardzo go szanuję. Nie rozumiem natomiast tych, którzy niby chcą, ale właściwie nie wiadomo, czy polecą. Wahają się, a tylko przez pomyłkę ktoś za szybko ujawnił ich nazwisko. Kosmos wymaga ludzi pewnych.
- Denis Tito, oprócz tego, że był marzycielem, doskonale odnajdował się również w przyziemnej roli biznesmena. Czy myśli Pan, że wyprawa w kosmos miała jakiś wpływ również na tą drugą stronę jego życia?
— Jestem przekonany, że wydatek, który poniósł na lot kosmiczny już mu się zwrócił. Takie wydarzenie daje doskonały efekt marketingowy.
- A co Pan sądzi o cenie komercyjnego lotu kosmicznego? Słyszałam, że Rosjanie opuścili ją już do 14 mln USD.
— Myślę, że koszt takiej „wycieczki” jest praktycznie niepoliczalny. Sama rakieta kosztuje ponad 10 mln USD. Nie leci ona jednak tylko z tym jednym pasażerem. On jedynie towarzyszy pewnej misji, która i tak musiałaby zostać zrealizowana. Na dobrą sprawę, koszty związane bezpośrednio z nim są śmieszne — trzeba go trochę przygotować, coś tam zje, no i potrzebuje skafandra kosmicznego. Ale jest to okazja, żeby nieco obniżyć ogólny koszt misji. Myślę, że można tu wynegocjować bardzo korzystną cenę. Nawet poniżej 10 mln USD.
- A co Pan sądzi o głośnych ostatnio kosmicznych planach polskiego biznesmena, Leszka Czarneckiego?
— W Polsce jest wiele osób posiadających niepoliczalne ilości pieniędzy. Niestety, wielu z nich zarabia te pieniądze jedynie dla samego faktu ich posiadania. Nie mają żadnej głębszej wizji. Chcą tylko mieć, mieć, mieć. To jest nonsens. Człowieka uszlachetnia nie samo posiadanie pieniędzy, ale sposób, w jaki je wydaje. Nie umiem skomentować zachowania pana Leszka Czarneckiego. Muszę przyznać, że bardzo się ucieszyłem, kiedy dowiedziałem się, że jeden z polskich biznesmenów chce pójść w ślady Denisa Tito. Byłoby to dla mnie tym bardziej miłe, że przestałbym już być jedynakiem. Przyznam, że nie znam dokładnie przebiegu konferencji prasowej, bo byłem akurat za granicą. Wróciłem stamtąd, kiedy emocje już opadły. Ze swojej strony życzę jednak panu Czarneckiemu, żeby nie ustawał w swoich wysiłkach, bo naprawdę warto.
Mirosław Hermaszewski, urodził się 15 września 1941 r.
w Lipnikach. Jest absolwentem Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. W 1971 r. ukończył fakultet lotniczy w Akademii Sztabu Generalnego w Warszawie. W 1976 r. został wytypowany do lotu kosmicznego i odbył pełny kurs szkoleniowy w Centrum Szkolenia Kosmonautów w Związku Radzieckim. W dniach od 27 czerwca do 5 lipca 1978 r., razem z radzieckim kosmonautą Piotrem Klimukiem, odbył lot na statku kosmicznym Sojuz-30 i stacji orbitalnej Salut-6. Wystąpił tam w charakterze kosmonauty- -badacza. Lot trwał 7 dni, 22 godziny, 2 minuty i 9 sekund. W 1982 r. ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Moskwie. W latach 1988-89 pełnił obowiązki komendanta Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie, a w latach 1990-91 był zastępcą dowódcy ds. liniowych Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej Kraju. Uzyskał stopień generała brygady.
