Pod koniec lat 80. ubiegłego wieku do Prato nieopodal Florencji zaczęli masowo przyjeżdżać robotnicy z Chin. Głodni sukcesu przybysze byli gotowi pracować za każde pieniądze w tamtejszych zakładach wytwarzających markową odzież, luksusowe buty czy torebki. Na tym polegała ich przewaga w stosunku do rdzennych mieszkańców, którzy walczyli o coraz wyższe pensje oraz większe prawa i przywileje.

Azjaci wykorzystali szansę
Z powodu żądań związków zawodowych zyski pracodawców z Prato zaczęły topnieć. Mogła je ocalić jedynie tania siła robocza z Państwa Środka. I tak się stało. Dzięki Azjatom miejscowość pozostała centrum włoskiego przemysłu tekstylnego i skórzanego.
Dzisiaj 15 proc. z 200 tys. obywateli Prato to legalnie przebywający w Italii Chińczycy. Jeśli dodać tych bez papierów, będzie ich już z pewnością jedna czwarta. Nietrudno zrozumieć rdzennych mieszkańców Prato i okolic, że o przybyszach z Azji mówią bez entuzjazmu. Boją się o własne miejsca pracy. Uważają też, że przyjezdni grają nie fair, np. unikając płacenia podatków (zresztą z pomocą włoskich specjalistów od prawa skarbowego).
Skończyć jak Prato
- Wiele przedsiębiorców z Emilia Romana czy Veneto Puglia mówi: „Nie chcemy skończyć jak Prato” - podkreśla Silvia Pieraccini, autor „Chińskiego oblężenia”, książki o powstaniu zjawisku „pronto moda” - czyli szybka moda.
W tym fenomenie chodzi o to, że producenci podążają za najnowszymi trendami zauważanymi na ulicy i „gorący” towar trafia natychmiast na sklepowe półki. Powstaje on w 3,2 tys. chińskich firm. Ich produkty nie są być może najwyższej klasy, ale nie jest to też beznadziejna tandeta made in China, znana z podrzędnych bazarów czy kramików. Większość Chińczyków zarządzających tymi fabrykami zatrudnia nawet włoskich kontrolerów jakości, a także włoskich doradców finansowych czy adwokatów.
Włoch pracuje u Chińczyka
Dlatego Azjaci z Pronto zżymają się, gdy słyszą zarzut o psuciu rynku pracy w tej miejscowości. Wierzą w wolny rynek. Mówią: my nie tylko Włochom zabieramy pracę, ale my ją także im dajemy.