Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem Grzegorza Buczka, że na przepisy ustawy narzekają głównie firmy budowlane i ci, którzy kupują grunty w celach spekulacyjnych. Moim zdaniem, przepisy ustawy o zagospodarowaniu przestrzennym uderzyły we wszystkich — zarówno w deweloperów, jak i w przeciętnego Kowalskiego, który marzy o własnym mieszkaniu.
Przypomnijmy podstawowe fakty. W 2003 r. wygasły tzw. stare plany zagospodarowania, czyli uchwalone przed 1 stycznia 1995 r. Pokrywały one 100 proc. powierzchni gmin. Wydarzyło się to w momencie, gdy niewielki procent kraju miał aktualne plany. Dlaczego więc zdecydowano się na taki krok? Twórcy ustawy chcieli zmusić gminy do uchwalania planów w myśl nowej ustawy. Cel był szczytny: przed 1994 r. gminy miały jeden plan zagospodarowania przestrzennego, obejmujący całe terytorium. Teraz plany miały być szczegółowe, a gminy miały same decydować — dla jakich terenów chcą je uchwalić.
Niestety, dziś widać, że ta polityka poniosła fiasko. Zmuszenie gmin do uchwalenia nowych planów okazało się w praktyce niemożliwe. Rezultat jest taki, że po upływie trzech lat odsetek aktualnych planów pokrywa zaledwie 17 proc. kraju, co skutkuje paraliżem wielu inwestycji. Efektem tej sytuacji jest mała podaż mieszkań na rynku, co powodowało z kolei gwałtowny wzrost cen. W rezultacie dla wielu osób cel, jakim jest własne mieszkanie, jeszcze bardziej się oddalił. Co gorsza, nic nie wskazuje na to, aby ten stan rzeczy miał się zmienić. Wnioski z analizy przeprowadzonej przez Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk są pesymistyczne. Wynika z niej, że stan zaawansowania prac nad uchwalaniem nowych planów jest wciąż niezadowalający.
Może więc warto pospieszyć się z nowelizacją ustawy. Bo im dłużej taka sytuacja będzie trwać, tym większy grozi nam chaos i koszty.