Majową kanikułę jakoś przeżyliśmy

Jacek Zalewski
opublikowano: 2002-05-06 00:00

Tytułowe „śmy” dotyczy tej mniejszości narodu, która nie mogła sobie pozwolić na absolutne nieróbstwo. Zgodnie z elementarzem organizacji i zarządzania — ktoś musiał czuwać, aby... etc.

Chyba już czas przestać załamywać ręce nad najdłuższym weekendem nowoczesnej Europy z powodów ekonomicznych. Przecież z każdym rokiem rośnie w naszym PKB udział usług, a takie skumulowane weekendy nakręcają koniunkturę w wielu branżach. Poza tym w sytuacji ogólnego spadku popytu krajowego pewne zmniejszenie produkcji przemysłowej (na skład!) może wielu firmom wyjść tylko na zdrowie.

Natomiast wątkiem, który w Polsce od dwudziestu lat naprawdę może wyprowadzić z równowagi, jest brak jednolitego traktowania takich dni, jak 2 maja, przez urzędy i inne instytucje obsługujące klientów. Najprostsza i najmądrzejsza zasada brzmi: wszelkie urzędy państwowe oraz inne tego typu pracują normalnie we wszystkie dni oznaczone w kalendarzu kartką czarną, natomiast ich pracownicy zainteresowani wyjazdem (czyli niektórzy, bo takie są realia) po prostu biorą urlop.

Częściowo uporządkowało sytuację — ale tylko w administracji rządowej i nie w kierunku postulowanym wyżej — zarządzenie szefa KPRM. Zamiast 2 maja rządówka (centralna i wojewódzka) pracuje w sobotę, 11 maja. Przy okazji warto zapamiętać inne obligatoryjne zamiany w tej grupie urzędów: 31 maja (piątek po Bożym Ciele) na 8 czerwca (sobota), 16 sierpnia (piątek po Wniebowzięciu) na 24 sierpnia (sobota) oraz 27 grudnia (piątek po Bożym Narodzeniu) na 21 grudnia (sobota). Na tę ostatnią zamianę już się krzywi (czemu nie 14 grudnia?!) urzędnicza Polska — oczywiście ta, która wczoraj skończyła wielodniową labę.