Inwestorzy indywidualni realizują zyski i sprzedają akcje na potęgę. Fundusze hedgingowe równie ostro je kupują. Tak wygląda sytuacja w USA, która dla wielu obserwatorów zwiastuje dalsze zwyżki na parkietach na całym świecie.
— Doświadczeni inwestorzy widzą możliwości zarobku, ale mali gracze się boją. To sugeruje, że jest szansa na kontynuację rajdu — mówi dla agencji Bloomberg James Duningan, zarządzający portfelem PNC Financial Services wartym 104 mld USD.
Stawka rośnie
Od sierpnia Amerykanie wycofali z funduszy
inwestycyjnych 37,3 mld USD. W ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy tego roku
zmniejszyli zaangażowanie na rynku akcji o 21,4 mld USD netto. Jednocześnie
zainwestowali w obligacje 312,8 mld USD netto (dane Investment Company
Institute). Tymczasem z zestawień Goldman Sachs i Bloomberga wynika, że fundusze
hedgingowe mają wartościowo najwięcej akcji od końca 2007 r. i wciąż je kupują.
W III kwartale zwiększyły wartość aktywów akcyjnych o 21 proc., do 604 mld USD.
— Długie pozycje mają sens, bo przecież Fed powiedział, że nie pozwoli rynkom na spadki. Ludzie są przekonani, że warto podjąć ryzyko — wyjaśnia Harry Rady, który zarządza 250 mln USD w kalifornijskim Rady Asset Management.
Fundusze hedgingowe nie narzekają na brak gotówki.
— Kwartalnie w 2010 r. branża powinna otrzymywać po 50 mld USD — uważa Peter Clarke, szef Man Group (największy publiczny fundusz hedgingowy).
— Na koniec 2010 r. aktywa tych funduszy mogą dojść do 1,75 bln USD — uzupełnia w raporcie z 23 listopada Huw van Steenis z Morgan Stanley.
Dzięki temu hossa może nawet przyspieszyć.
— Idea funduszy hedgingowych jest bardzo elastyczna. To naprawdę początek nowego cyklu. Gotówka wpływa do funduszy i jest możliwość lewarowania zakupów, bo akcje pod zabezpieczenie są płynne — mówi Andrew Shrimpton z międzynarodowej firmy doradczej Kinetic Partners.
Giełdowy fenomen
Tymczasem optymizm może studzić to, co
obracające miliardami dolarów fundusze hedgingowe robią przy okazji łapczywych
zakupów akcji.
— Zarządzający kupują na potęgę opcje put, masowo używają krótkiej sprzedaży (zyskuje się na spadku kursu) i CDS (rekompensują niewypłacalność). Zabezpieczają w ten sposób większość swoich inwestycji — ostrzega Mark Yusko, szef Morgan Creek Capital Management (zarządza portfelem 9 mld USD).
Obecnie w Nowym Jorku jest około 40 proc. więcej akcji sprzedanych na krótko, niż wynosi średnia z dekady.
— Większość zarządzających, których znamy, sądzi, że rajd indeksów dotarł zbyt daleko, akcje są przewartościowane i spodziewają się poważnej, długiej korekty — mówi Mark Yusko.
Jak więc tłumaczyć rosnące indeksy?
— To fenomen, który powinien potrwać jeszcze być może dłużej niż rok — ocenia John Burbank III z Passport Capital (zarządza 2,1 mld USD).
Kapitał płynie wolniej
Jeśli spekulacyjna gra funduszy
hedgingowych zapewniłaby utrzymanie trendu wzrostowego w USA, to wzrosty
gościłyby też na GPW. U nas na razie drobni inwestorzy oszczędzający poprzez TFI
jeszcze wierzą w akcje, choć ta wiara gaśnie.
— Napływy do funduszy akcyjnych wyraźnie zwalniają. Od maja kapitał płynął coraz szybciej aż do 1,1 mld zł we wrześniu. W październiku do funduszy akcyjnych wpłynęło netto 215 mln zł — szacuje Tomasz Bursa, analityk Ipopema Securities.
Jego zdaniem, w listopadzie i grudniu nie powinniśmy liczyć na odwrócenie trendu, a w przyszłym roku wszystko zależy od wykazanych stóp zwrotu w II połowie 2009 r. i możliwości odkładania pieniędzy przez Polaków w sytuacji spadających realnych płac. Nasz parkiet jest więc na łasce zagranicznych inwestorów.