...choć czasami mogą przyprawić nawet najbardziej doświadczonych inwestorów o palpitacje serca
W minionej dekadzie najszerszy na GPW indeks WIG wzrósł "tylko" o 110 proc. W tym czasie inflacja wyniosła 32 proc. Realny zysk był więc znacznie niższy. Fatalnie wręcz wypadły blue chipy. WIG20 wzrósł o 24 proc., choć trzeba dodać, że wynik ten nie uwzględnia wypłaconych dywidend. Tak czy inaczej stopy zwrotu rozczarowują. Okazuje się, że znacznie lepszym rozwiązaniem — zyskowniejszym, a przede wszystkim bezpieczniejszym — była inwestycja... w polskie obligacje skarbowe. Na przykład papiery dziesięcioletnie o zmiennym oprocentowaniu (DZ0110) dały zarobić w tym okresie, uwzględniając kapitalizację odsetek, aż 147 proc.! Na szczęście dla inwestorów, sytuację ratują maluchy. Indeks WiRR, a obecnie sWIG80 wzrósł o 420 proc. Przypadek? Wcale nie.
Okazuje się, że na maluchy, czyli z definicji tzw. spółki wzrostowe, które dzięki inwestycjom potrafią szybko pomnożyć swoja kapitalizację, warto stawiać. W cyklu hossa-bessa dają zarobić zdecydowanie więcej, niż duże spółki. Przykład? Od dna bessy internetowej z października 2002 roku do szczytu koniunktury w lipcu 2007 roku sWIG80 poszybował w górę o astronomiczne1600 proc.! WIG20 zaliczył w tym czasie wzrost o "symboliczne" 270 proc. Zysk zyskiem, ale nie warto zapominać o podwyższonym ryzyku, które towarzyszy inwestycji w akcje maluchów.
Po pierwsze, spółkom wzrostowym znacznie częściej niż blue chipom zdarzają się wpadki, które kończą się nawet ich bankructwem. Zdecydowanie lepiej więc zdywersyfikować portfel, aby — jak często mawiał Wiesław Rozłucki (były szef GPW) — "nie wrzucać wszystkich jajek do jednego koszyka". Po drugie, pojawia się ryzyko płynności — tj. maluchy to często spółki o niskim free float. W obrocie giełdowym krąży niewiele ich akcji, więc zakup bądź sprzedaż większych pakietów przez np. fundusze inwestycyjne potrafi mocno zachwiać kursami.
Statystyka podpowiada jednak, że tak czy inaczej, ryzyko na giełdzie popłaca (swoją drogą giełda to jedno wielkie ryzyko). Wystarczy rzut oka na zachowanie się maluchów podczas minionej bessy. Okazuje się, że ich kursy zanurkowały tylko nieznacznie głębiej (72 proc.) licząc od szczytu hossy z 2007 roku), niż blue chipów (66 proc.). Wcześniej, po pęknięciu bańki internetowej indeks maluchów przeceniono w kolejnych 14 miesiącach o 58 proc. — tyle samo, co blue chipów! W 1998 roku kryzys rosyjski ściągnął w dół nasze maluchy w pół roku aż o 65 proc., a blue chipy — o 46 proc.
Trzeba zauważyć, że w czasach dobrej koniunktury maluchy rzadko idą w parze w blue chipami (nie chodzi o odbicie po bessie zbyt mocno przecenionych akcji). Z reguły są substytutami, tj. budzą się ze snu, jak duże spółki właśnie w niego zapadają. Ma to związek z przelewaniem pieniędzy z jednego segmentu rynku (tj. drogich już dużych spółek) na drugi (relatywnie tańszych wówczas mniejszych firm). Poza tym tymi rynkami interesują się inne grupy inwestorów. O ile blue chipami pogrywa głównie zagranica, to w przypadku mniejszych firm pierwsze skrzypce grają fundusze inwestycyjne, wspierane przez głodnych zysków inwestorów indywidualnych.
Obecnie na rynku małych i średnich spółek od dłuższego czasu trwa marazm. Ten segment wyraźnie przegrywa z blue chipami — w ostatnich 12 miesiącach indeks maluchów wzrósł "tylko" o 9 proc. — tj. 2,5-krotnie mniej, niż WIG20. Patrząc technicznie indeks sWIG80 od sierpnia 2009 roku waha się w lekko wzrostowym kanale i na nową falę (wzrostową lub mniej spadkową) lepiej poczekać na wyrwanie się z okopów.
Sytuacja może przypominać lata 2003-04. Wtedy też po bessie internetowej indeksy giełdowe odbiły, po czym czekały na zdrowy wzrost gospodarczy, napędzany przez bogacącego się konsumenta i chętnie inwestujące firmy (w międzyczasie ceny surowców, podobnie jak w ostatnich miesiącach, również zaliczyły wyskok). Trzeba jednak zauważyć, że wówczas cywilizacyjny skok zapewniło naszej gospodarce wejście do Unii Europejskiej. W styczniu 2004 roku sWIG80 przebudził się odrabiając z nawiązką wszelkie zaległości do blue chipów.
Należy w końcu zauważyć, że nowej hossy wśród maluchów nie będzie bez większego popytu ze strony TFI (zagranica i OFE raczej nie bawią się na tym podwórku). A obecnie o to trudno. Z jednej strony pieniądze z rynku czyści skarb państwa, który sprzedaje co rusz pakiet akcji wart miliardy złotych (ledwo co na rynek trafił pakiet akcji PZU, za chwilę zaczyna się oferta Jastrzębskiej Spółki Węglowej, a jesienią — PKO BP). Po drugie klienci TFI wciąż stronią od ryzyka, choć niskie odsetki bankowe mogą w końcu ich zmusić do podjęcia większego ryzyka w poszukiwaniu wyższych zysków.
PYTANIE PULSU
Co lepsze — małe spółki czy blue chipy?
OPTYMISTA
Należy przeważać spółki wzrostowe
Roland Paszkiewicz, makler i dyrektor działu analiz w CDM Pekao
W przypadku długiego okresu inwestycji, uwzględniającego co najmniej jeden pełny cykl hossa — bessa, historia dostarcza dość jednoznaczną odpowiedź; należy utrzymywać przeważenie w spółkach wzrostowych, których więcej jest oczywiście wśród spółek z niższą kapitalizacją.
Inwestorzy o krótszym horyzoncie czasowym powinni jednak wziąć pod uwagę fakt, że wspomniany powyżej trend ma różne nasilenie. Od połowy września 2010 r. small caps wykazują się relatywną słabością w stosunku do blue chips. Źródeł tej słabości jest kilka:
— faza w cyklu gospodarczym preferująca branże defensywne, obecne praktycznie tylko w WIG20 i mWIG40. Jednocześnie inwestorzy unikają spółek mocno cyklicznych, nadreprezentowanych w sWIG80,
— rosnący udział inwestorów zagranicznych, których popyt koncentruje się na największych spółkach,
— przeważenie dużej części TFI w małych spółkach, przy jednoczesnym braku znaczących napływów nowych środków do funduszy akcyjnych.
Przeważnie okresy relatywnej słabości small caps wobec blue chips trwają około 9 miesięcy, co oznacza, że obecna słabość powinna już kulminować. Z zajmowaniem znaczących pozycji bezpieczniej jest jednak poczekać na wygaśnięcie wspomnianych wyżej czynników determinujących obecną słabość segmentu spółek o małej kapitalizacji.
okiem MAKLERA
Najpierw blue chipy, później maluchy
Marcin Mierzwa, z-ca dyrektora Biura Maklerskiego Alior Banku
Maluchy czy blue chipy? To zależy od wiedzy i doświadczenia inwestora. Im jest ono mniejsze, tym inwestycje w małe spółki powinny stanowić mniejszą część portfela — wtedy rekomendowałbym rozważenie inwestycji w fundusze inwestycyjne oparte o małe spółki, zamiast samodzielnego wyszukiwania. Takie podejście wynika z tego, że inwestycje w małe spółki są inwestycjami o większym poziomie ryzyka w porównaniu do inwestycji w blue chipy. Oczywiście dzięki temu inwestycje w małe spółki dają również o wiele większy potencjał zysków. Niemniej jednak inwestycje w blue chipy są inwestycjami o dużo większej płynności obrotu. Niestety inwestorzy dopiero w czasach kryzysu doceniają zalety zwiększonej płynności obrotu danego instrumentu, wtedy, kiedy wyjście z mniejszych inwestycji po prostu nie jest możliwe, bo nie ma odpowiedniego popytu po akceptowalnej cenie.
Dla mnie płynność obrotu danego instrumentu powinna być kluczowym elementem podejmowania decyzji i nwestycyjnych, tym bardziej istotnym im mniejsze doświadczenie inwestycyjne inwestora. Z tego punktu widzenia mniej doświadczony inwestor powinien zaczynać inwestycje głównie w blue chipy, a wraz z nabieraniem doświadczenia udział w portfelu blue chipów może się zmniejszać na rzecz mniejszych spółek, ale oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku.
PESYMISTA
Nie ma portfela bez maluchów, ale ...
Alfred Adamiec, prezes Domu Maklerskie ALFA
Jeżeli chodzi o długoterminowe inwestowanie, to nie wyobrażam sobie portfela bez małych spółek (bądź funduszu mniejszych firm). Ale...
Na świecie zrobiono badanie i okazało się, że małe i średnie spółki (tzw. Misie) to segment bardziej zmienny w zależności od cyklu koniunkturalnego. Mają wyższą betę, czyli mówiąc inaczej są bardziej agresywne. Ich akcje dają wyższe zyski w okresie dobrej koniunktury, ale i wyższe straty w czasie dekoniunktury. Ma to związek z płynnością — czyli możliwością zmiany portfela przez inwestorów.
Na dużych spółkach łatwiej spekulować. Można się oprzeć nie tyle na fundamentach, co na obowiązującym trendzie giełdowym. Można szybko zmienić jedną spółkę na drugą. Na małych firmach to jest bardzo trudne, a czasami wręcz niemożliwe. Tu liczą się przede wszystkim fundamenty finansowe.
Czy warto teraz postawić na maluchy? Niestety, polityka pieniężna prowadzona przez kraje rozwinięte (USA, Japonia) skróciła cykl koniunkturalny na świecie. W związku z tym uważam, że w najbliższym czasie małe i średnie spółki nie przyniosą inwestorom kokosów. Czeka nas przecena, która będzie jednak okazją, aby inwestorzy o wieloletniej perspektywie (6-7 lat) uzupełnili portfele o akcje Misiów. Przyjdzie bowiem rok, w którym dojdzie do napływu pieniędzy inwestorów indywidualnych na giełdę i Misie dadzą zarobić znacznie więcej niż blue chipy. Niestety, będzie to już końcówka hossy. Podobnie było w latach 2006-07.