MAM POMYSŁY, JAK ZROBIĆ PIENIĄDZE

Górecki Radosław, Markiewicz Tadeusz
opublikowano: 1998-12-04 00:00

MAM POMYSŁY, JAK ZROBIĆ PIENIĄDZE

MARNOWANIE TALENTÓW: Gdyby w Polsce uproszczono podatki, to doradztwo podatkowe umarłoby śmiercią naturalną. Ludzie wzięliby się do prawdziwej roboty. W tej chwili najlepsi ludzie idą na studia prawnicze i zajmują się doradztwem podatkowym. Najtęższe umysły deliberują nad rzeczami, które z punktu widzenia gospodarki wydają się zbędne albo wręcz szkodliwe.

Janusz Korwin-Mikke to nie tylko polityk. Jest również wydawcą, który nie osiąga żadnych zysków tylko dlatego, by nie dać się legalnie ograbić fiskusowi. Oprócz podatków, w prowadzeniu interesu przeszkadza mu najbardziej niestabilność przepisów. Jak twierdzi, niczyje życie i zdrowie nie jest bezpieczne, kiedy obraduje parlament.

„Puls Biznesu”: Jak Pan uważa: czy w biznesie więcej zależy od szczęścia czy od umiejętności?

Janusz Korwin-Mikke: W normalnym biznesie 60 proc. powodzenia to doświadczenie i własna praca, 30 proc. to szczęście, a 10 proc. to wiedza książkowa. W Polsce jest inaczej: 60 proc. to znajomości wśród polityków, 30 proc. to wiedza książkowa, a 10 proc. to cała reszta. Niestety, w naszym kraju interesy robi się po znajomości.

— Czy w takim razie w Polsce można robić dobre interesy?

— Można. Jeśli da się łapówkę, to nawet bardzo dobre.

— A jak Pan, jako wydawca, prowadzi swoje interesy? Czy daje Pan łapówki?

— Nie muszę dawać, bo nie mam żadnych zysków. Gdyby takie były, to od razu zwiększyłbym nakład, żeby nie zapłacić fiskusowi ani złotówki. Bandytom nie daje się pieniędzy do ręki. Czuję się jak pod okupacją. Zresztą chciałem zauważyć, że w Generalnej Guberni ilość formalności, które załatwiał przedsiębiorca była dużo mniejsza, a i podatki były niższe. Za te niższe podatki Adolf Hitler utrzymał armię, która doszła aż pod Moskwę.

— Czy prowadzi Pan jeszcze jakąś inną działalność gospodarczą?

— W ogóle uważam, że polityk nie powinien prowadzić biznesu. Jeśli polityk prowadzi jakąkolwiek działalność gospodarczą, to istnieje podejrzenie, że w swej działalności kieruje się interesem swojej firmy. Najlepszym przykładem jest ostatnia sejmowa afera z zestawami głośno mówiącymi do telefonii komórkowej. W Polsce przedrozbiorowej szlachcic nie mógł prowadzić biznesu. Problem w tym, że szlachty było w Polsce za dużo, bo za dużo ludzi było wyłączonych z robienia biznesu.

— A czy zatrudnia Pan u siebie w wydawnictwie kobiety?

— U nas jest dość skomplikowany układ, bo sekretarki jednocześnie pracują w Unii Polityki Realnej i w wydawnictwie. Zaznaczam, że traktuję je nie jak kobiety, ale jak pracowników. Choć żadna kobieta nie lubi być traktowana w ten sposób.

— Czy, według Pana, kobieta może być dobrym pracownikiem?

— Tak. Kobiety z reguły mają znakomitą pamięć, dlatego pełnią na przykład funkcje sekretarskie. Znakomicie wykonują papierkową robotę, której ja po prostu nie znoszę.

— Nasze pytanie nie jest przypadkowe. Często bowiem głosił Pan sądy, że miejscem pracy kobiet powinien być ich własny dom.

— Tak powinno być w przypadku większości kobiet. Kiedyś, jako poseł, byłem w Andrychowie w jednym z zakładów metalowych. Kobiety, które tam spotkałem, miały do mnie tylko jedno pytanie: „Kiedy nasi mężowie zaczną zarabiać tyle, żebyśmy my wreszcie nie musiały pracować”.

— Czy ludzie u Pana w wydawnictwie dobrze zarabiają?

— Chyba dobrze, skoro nie odchodzą gdzie indziej. Ludziom nie można płacić za mało, bo wtedy odejdą. Z drugiej strony natomiast można ich zdemoralizować płacąc za dużo. Zaczynają pracować nie dla firmy, ale dla pieniędzy. To jest nad wyraz niebezpieczne i nieuczciwe w stosunku do człowieka, który w tym miejscu pracowałby za mniejsze pieniądze. Trzeba się umiejętnie znaleźć między tymi dwiema tendencjami

— Czy Pan potrafi zastosować tę zasadę wobec swoich podwładnych?

— Mam tak niewielu ludzi...

— Czy często zgłaszają się do Pana prosząc o podwyżkę?

— To są sprawy, o których nie będę mówił.

— Ile pracownik powinien pracować w firmie? Czy osiem godzin to jest socjalizm?

— Nie wiem. Czasami pracownik myśli o firmie będąc w domu. Być może, kiedy siedzę w wannie, jestem bardziej efektywny niż jak siedzę za biurkiem.

— A jak się Pan ustosunkowuje do kwestii czasu pracy?

— Te kwestie powinna regulować umowa między pracodawcą a pracownikiem. Żaden kodeks pracy nie powinien w to ingerować.

— A jak z wolnymi sobotami?

— W normalnym kraju niektóre fabryki pracują wtedy, kiedy chcą albo muszą. Lodziarze pracują w niedzielę, a przeciw temu nikt nie protestuje. Nawet w mojej miejscowości sklepik przy kościele jest otwarty w niedzielę. Notabene to nieprawda, że Kościół protestuje. Zabrania jedynie intensywnej pracy w niedzielę, a to co innego. Zresztą na szczęście Kościół nie ma mocy wydawania ustaw, bo byłoby to nieszczęście.

— Co Panu — oprócz oczywiście podatków — przeszkadza w działalności wydawniczej?

— Zmiany przepisów. Człowiek nigdy nie wie, na jakim świecie żyje. W każdej chwili ktoś może powiedzieć, że wprowadza cło na zadrukowany papier. Wtedy drukujący za granicą będą musieli się przerzucić na rodzimy rynek. Jeśli będzie odwrotnie, to z drukiem książek trzeba będzie jeździć na Tajwan. Krótko mówiąc, brak stabilności prawa jest przerażający. Jak mówią amerykańscy konserwatyści, niczyje życie i zdrowie nie jest bezpieczne, gdy obraduje parlament.

— Czy Pańska działalność polityczna pomaga w promowaniu tytułu?

— Nie. Nawet przeciwnie, przeszkadza.

— Odstrasza potencjalnych reklamodawców?

— Praktycznie w ogóle ich nie mamy. Boją się, że ich logo zostanie związane z jakąś partią. Ale to nie tylko to. Również wśród czytelników istnieje bariera. Głosowało na nas od 250 do 450 tys. ludzi. Gdyby tylko co dziesiąty czytał nas, to już byłoby zupełnie nieźle.

— A jaki jest Pana stosunek do reklamy? Podobno nie kupuje Pan produktów reklamowanych?

— Tak, bo wiem, że w cenie produktu jest koszt reklamy, a ja nie zamierzam za to płacić. Na pewno nie kupuję produktów, które są reklamowane nachalnie. W każdym razie jest niedopuszczalne, by wydatki na reklamę były odejmowane od podatku.

— Dlaczego?

— Bo wtedy okazuje się, że to podatnik płaci za reklamę. Wolę niskie podatki i zerowe ulgi za reklamę. W Singapurze państwo zakazało reklamy papierosów. W efekcie działające na tamtejszym rynku firmy tytoniowe mają krociowe zyski. Nie muszą się wdawać w walkę ze sobą. Nie rozumiem koncernów papierosowych, które chcą wolności reklamowania papierosów. Twierdzę, że zakaz reklamy tytoniu byłby dla nich dobrodziejstwem.

— Jaka jest Pana opinia o polskich przedsiębiorcach? Na łamach jednego z miesięczników po wyborach parlamentarnych obraził się Pan na rodzimych menedżerów.

— Okazało się, że większość menedżerów głosuje na różne partie, tylko nie na naszą. Kiedy byłem na spotkaniu w BCC spotkałem nawet przedsiębiorcę, który głosował na Unię Pracy. To już jest pewien absurd. W każdym razie dziwię się trochę tym ludziom. Narzekają na bałagan prawny. W żadnym normalnym państwie nie ma takiej sytuacji, że w piątek sejm uchwala ustawę o podatkach, a w poniedziałek ją anuluje. To jest jednak ich wybór.

— Co by Pan zrobił, gdyby miał do dyspozycji milion dolarów? W co by Pan je zainwestował?

Na pewno w Polsce bym nie zainwestował, bo nie wiedziałbym, kiedy rząd mnie ograbi. Na pewno uciekłbym z nimi na Filipiny, bowiem prędzej można przewidzieć wybuch wulkanu niż wybuch głupoty parlamentu. Podziwiam ludzi, którzy inwestują w Polsce. Wymaga to naprawdę ogromnego samozaparcia, rzekłbym że nawet bohaterstwa. Ryzyko jest nadal naprawdę duże. Był taki fundusz Hermes, w którym rząd amerykański pomagał biznesmenom, którzy inwestują w krajach Wschodu. Było obowiązkowe ubezpieczenie wysokości 20 proc. na wypadek ryzyka nacjonalizacji. Ci Amerykanie przewidywali, że szansa nacjonalizacji firm prywatnych wynosi jeden do pięciu. To jest dobra ocena i każdy powinien o tym pamiętać. Od reformy Balcerowicza wolność gospodarcza jest coraz bardziej ograniczana. Najlepiej było po 1989 roku, zaraz po reformie Rakowskiego. Od zdobycia władzy przez Solidarność wolność gospodarcza się zmniejsza, z czego ludzie nie zdają sobie sprawy. Czekamy na kolejny wstrząs.

— To w co by Pan zainwestował ten milion dolarów?

— Mam pomysły, jak zrobić pieniądze. Przecież ich nie ujawnię.

— A za ile by Pan powiedział?

— Musiałbym dostać co najmniej 100 tys. dolarów.

— I pytanie na koniec. Powiedział Pan kiedyś, że jest Pan za prywatyzacją banku centralnego. Czy w takim razie można byłoby sprywatyzować ściąganie podatków?

— Tak było w starożytnym Rzymie. Zanim na to się zdecydowali, sytuacja przypominała trochę obecne polskie czasy. Im senat nakładał wyższe podatki, tym ludzie ich mniej płacili. Wreszcie Rzymianie wpadli na pomysł sprywatyzowania poboru podatków. Efekt był tragiczny, bo nie obniżono ich, a jednocześnie zaczęto je skutecznie ściągać. W rezultacie cesarstwo padło. Gdyby w Polsce uproszczono podatki, to doradztwo podatkowe umarłoby śmiercią naturalną. Ludzie wzięliby się do prawdziwej roboty. W tej chwili najlepsi ludzie idą na studia prawnicze i zajmują się doradztwem podatkowym. Najtęższe umysły zajmują się rzeczami, które z punktu widzenia gospodarki wydają się zbędne albo wręcz szkodliwe. To jest niewidzialna strata. Gdyby ci ludzie zajęli się produkcją, a nie legalnym oszukiwaniem urzędu skarbowego, to wtedy Polska osiągnęłaby wzrost gospodarczy na poziomie minimum 17 proc. W tej chwili brzmi to jak baśń o żelaznym wilku, ale Japonia odnotowała taki wzrost po wojnie.

— Dziękujemy za rozmowę.

“W każdej chwili ktoś może powiedzieć, że wprowadza cło na zadrukowany papier. Wtedy drukujący za granicą będą musieli się przerzucić na rodzimy rynek. Jeśli będzie odwrotnie, to z drukiem książek trzeba będzie jeździć na Tajwan. Krótko mówiąc, brak stabilności prawa jest przerażający”.