Na końcu biznesowego świata, na drodze z Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby, w Piechowicach, rozgrywa się jedna z najbardziej nietypowych historii biznesowych. W rolach głównych? Wiktor Marconi, prezes Polcoloritu, syn. I Barbara Urbaniak-Marconi, założycielka firmy, mama.
Przygoda z branżą Wiktora Marconiego, prezesa Polcoloritu, najmniejszego, ale też pierwszego notowanego na giełdzie producenta płytek ceramicznych, zaczęła się wtedy, gdy nastoletni Polonus w wieku 14 lat zaczął pomagać w rodzinnym biznesie. Mieszkali wówczas na stałe w ceramicznym regionie Włoch — Sassuolo. Jego mama od końca lat 70. była przedstawicielem handlowym maszyn marki Sacmi, dziś największego na świecie dostarczyciela urządzeń dla ceramiki. Wówczas największym jej klientem w Polsce było Opoczno.
— Bank Handlowy kupował od nas, sprzedawał centrali handlu zagranicznego, a centrala Opocznu — wspomina Marconi, który w tym czasie pracował jako przewodnik i tłumacz dla polskich delegacji.
Decydenci z Banku Handlowego w Warszawie, centrali handlu zagranicznego i Opoczna przyjeżdżali wtedy do Włoch, by podpisać kontrakt na dostawę urządzeń.
— Złożenie podpisu trwało pięć minut. Im jednak chodziło o turystyczną rozrywkę. Spełnialiśmy ich burżuazyjne zachcianki. Rzym, Florencja, Wenecja. Mama nie miała czasu ani chęci, więc ja z nimi jeździłem — uśmiecha się Marconi.
Odchodzi i przychodzi
Mimo wczesnego startu droga
Wiktora Marconiego na najważniejszy fotel w rodzinnej firmie nie była usłana
różami.
Barbara Urbaniak-Marconi założyła fabrykę ceramiki w Jeleniogórskiem w 1984 r. — firmę polonijną. W ten region kraju skierowała ją socjalistyczna władza, która w tamtych czasach wybierała, gdzie inwestor może uruchomić zakład, a gdzie nie. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że przez pierwsze 15 lat Polcoloritowi szło nieźle. Lata 1984-88 to czas, kiedy firma produkowała dekoracyjne płytki ceramiczne jako podwykonawca Opoczna.
Wiktor Marconi przeprowadził się do Polski na początku lat 90. Pierwszy raz do zarządu Polcoloritu trafił w 1997 r. Odszedł w 1999. Znów pojawił się jako członek zarządu w styczniu 2004 r., by odejść w grudniu. Po dwuletniej przerwie kolejny raz wrócił do zarządu, tym razem na funkcję prezesa, którą sprawuje do dziś.
— Dlaczego od początku nie pracowałem w rodzinnej firmie, lecz robiłem mamie konkurencję, sprzedając nad Wisłą ceramikę włoskich marek? Chciałem być w zgodzie ze sobą. Moje stosunki z akcjonariuszem większościowym przechodzą fazy lepsze i gorsze. Nie będę opowiadał, jak byłem wydziedziczony. Większościowa akcjonariuszka, która na co dzień przebywa we Włoszech, nie chciałaby o tym czytać. Po prostu moje poglądy na biznes są inne niż mojej mamy. Na tym cały czas polega problem — opowiada Wiktor Marconi.
Ambicjonalno-kompetencyjny pat między Barbarą Marconi a jej synem nikomu postronnemu nie przeszkadzał, do czasu, gdy pod koniec 2004 r. Polcolorit zadebiutował na giełdzie. Po kolejnym odejściu Wiktora Marconiego w grudniu 2004 r. nie było już tak różowo. 4,11 zł za akcję producenta ceramiki (kurs tuż po debiucie) to dziś niespełnione marzenie inwestorów i spółki. Akcje piechowickiego producenta w sierpniu 2005 r. kosztowały mniej niż 2,35 zł i do dziś, z pewnymi wahnięciami w górę lub w dół (ostatnio w dół), utrzymują się na tym poziomie. W tym czasie firmie trafiły się też mocno przeszacowane prognozy finansowe, co rynek musiał przyjąć z niezadowoleniem.
— Możecie wierzyć lub nie, ale nie sprawdzałem kursu Polcoloritu po moim odejściu i ponownym przyjściu do firmy. Odszedłem, bo nie mogłem realizować własnych — dodatkowych poza IPO — założeń. Obiecaliśmy sobie wtedy coś więcej niż tylko to, co w prospekcie. Wróciłem, bo obiecano mi, że dostanę zupełnie wolną rękę — wyjaśnia prezes.
Ma nadzieję, że tym razem na wprowadzenie swoich porządków w Polcoloricie dostał pełne trzy lata. Przez 11 miesięcy rozbudował strukturę zarządzania firmą tak, by skupić się na podstawowym celu, jaki mu przyświeca.
— Zamierzam znacznie zwiększać przychody Polcoloritu po to, by zaistniał w branży. Nawet za cenę zejścia z marży. W 2005 r. firma jechała na marży zysku netto 20 proc., ale przychody spadały, a wraz z nimi kurs akcji. Chcę to zmienić, pokazać rynkowi, że ten biznes się nie kurczy. Myślę o stworzeniu lub współtworzeniu grupy kapitałowej zajmującej się dystrybucją materiałów budowlanych w całym naszym regionie — wyjawia Wiktor Marconi.
Prywatnie zapalony myśliwy i kolekcjoner szabli jest dziś jedną z najważniejszych person nie tylko w Piechowicach, ale też w głównym mieście regionu, Jeleniej Górze. Czołowy tutejszy pracodawca od dwóch lat ma bicz na jeleniogórskich samorządowców: lokalny portal i gazetę pod tytułem „Jelonka”.
Zapewnia, że owego bicza używa rzadko.
— Moi dziennikarze mają zupełną swobodę — twierdzi.
Zgubione zyski
Pierwszym krokiem do realizacji
ambitnej strategii prezesa Polcoloritu ma być przejęcie spółki produkcyjnej z
Ukrainy. Na potrzeby tej inwestycji Barbara Urbaniak-Marconi i inni
akcjonariusze spółki zgodzili się na sporą emisję papierów na wymianę, nie
wiedząc, do kogo trafią. Przegłosowali też tanią emisję z prawem poboru
(początkowo liczyli, że zrobią ją 14 listopada, jednak dziś wiadomo, że odbędzie
się ona w styczniu).
— Powiem szczerze. Już dawno bym tam produkował, gdyby druga strona chciała tak szybko tej inwestycji jak ja — mówi Marconi.
Czyli że Ukraińcy nie chcą?
— Chcą, tylko u nich wszystko musi trwać. Spokojnie, bez nerwów — prostuje prezes.
Zapewnia, że chciałby też rozwijać sprzedaż na Zachodzie. Poczynił nawet pierwsze kroki. Polcolorit zyskał referencje sieci Hornbach w Niemczech i od początku przyszłego roku rozpocznie sprzedaż swoich produktów na tamtym terenie. Do końca półrocza będzie sprzedawać towar do 20 największych sklepów w północnych i wschodnich Niemczech. Dotąd eksport dawał ponad 40 proc. przychodów.
Spółce ostatnio udało się zwiększyć przychody, ale zapłaciła za to dość wysoką cenę. Po pierwszych trzech kwartałach roku — mimo 27-procentowego wzrostu przychodów w porównaniu z tym samym okresem 2006 r. — spółka miała słabszy o 15 proc. wynik operacyjny niż przed rokiem — wyniósł 3,4 mln zł, wobec 4,04 mln zł rok wcześniej. Po trzech kwartałach firma ma też 237 tys. zł straty netto
Prezesa Marconiego takie wyniki nie dziwią. I nie martwi się, że nie jest pewne, czy firma zamknie rok rzeczywistym zyskiem.
— Zatrudnienie dodatkowych osób musiało kosztować. Większa sprzedaż też. Nasze działania zaprocentują w przyszłym roku — przekonuje Marconi.
Pożyjemy, zobaczymy. Kluczowe będzie, czy trzyletnią kadencję syna wytrzyma
Barbara Urbaniak-Marconi.