MAREK SELL ZARABIA NA CUDZYCH KŁOPOTACH
Łowca wirusów nie boi się załamania koniunktury
MŁOT NA WIRUSA: Zdaniem Marka Sella, gra z wirusami będzie trwać wiecznie. Jednak jego zdaniem, te proste i dobrze napisane nie czynią większej szkody. Gorzej, jeśli autor — najczęściej nieletni — zrobił błędy w programie. Wirus staje się wtedy zjadliwy. Jeszcze gorzej, jeśli zawodowy programista oszalał i sprokurował wirusa, który niszczy komputer. fot. Małgorzata Pstrągowska
Marek Sell — właściciel firmy MKS — dziesięć lat temu wydał wojnę wirusom komputerowym. Walka, którą prowadzi skazana jest na przegraną, bo odmiany i mutacje wirusów mnożą się w zastraszającym tempie, a większość z nich powstaje za granicą. W Polsce tworzy już tylko młodzież, bo dorośli wykorzystują swoje informatyczne umiejętności do zarabiania pieniędzy.
Jak deklaruje Marek Sell, sprzedaż jego programu rośnie o 50 proc. rocznie, choć mocno dają mu się we znaki piraci. Są trudni do wykrycia, bo prywatnie i po koleżeńsku przekazują z komputera na komputer ukradziony plik antywirusowy. Ale i tak firma Marka Sella prosperuje. Gdy zaczynał działalność, miał 100 procent rynku. Potem, stopniowo, pojawiała konkurencja: firmy amerykańskie, europejskie, a nawet z dalekiej Islandii. Teraz, jak twierdzi, i tak nadal dzierży w swoim ręku ponad połowę rynku.
Zaraza z wakacji
Początki firmy MKS były bardzo skromne.
— Dziesięć lat temu złapałem wirusa w swoim komputerze. Szukałem ratunku i go nie znalazłem. Napisałem więc własny program. Potem uzupełniłem go o następne wirusy i udostępniłem ludziom bezpłatnie — mówi Marek Sell.
Po roku powstała wersja komercyjna programu. Jednak Marek Sell sprzedał tylko jeden egzemplarz. Dziś już nawet nie pamięta, jakiej firmie. Na początku lat dziewięćdziesiątych ludzie nie mieli narzędzi, by ustrzec się przed wirusami. Traktowano je jak dopust boży.
— „Pan uważa na tamten komputer, jest zawirusowany” — mówiło się wtedy gościowi, który przychodził z dyskietką. Przeprowadziłem akcję. Skopiowałem wersję demo na stu dyskietkach i rozesłałem do dużych firm, co do których miałem pewność, że używają komputerów — informuje Marek Sell.
Akcja rozsyłania dyskietek przeprowadzona została w czerwcu. To był błąd, bo wirusy mnożą się w specyficznym cyklu. Największy urodzaj na nie jest po wakacjach, gdy studenci wracają z wakacji. Na dyskietkach z ciekawymi programami, które skopiowali sobie za granicą, przywożą wirusy. Tak jak niegdyś włoscy kupcy wraz z towarami przywozili z zamorskich krajów zarazę.
Wirusowa norma
Po wakacjach zaczęły się zamówienia. A wraz z nimi — piractwo. Bywało, że dzwonił człowiek z jakiejś firmy i pytał o najnowszą wersję. I nie po to, żeby ją kupić legalnie, ale żeby dowiedzieć się, czego żądać na giełdzie komputerowej! To psuło interesy. Gdy Marek Sell jechał na giełdę, w nagłówkach swoich programów znajdował nazwy różnych nobliwych firm i instytucji, którym program sprzedał legalnie. Było i MSW, i Ministerstwo Sprawiedliwości. To nie instytucje wystawiały na sprzedaż kradziony towar, tylko ich pracownicy.
— Ale Polska to miejsce, gdzie wirusów dużo. Wystarczyło uczciwych klientów, żebym przeżył — pociesza się Marek Sell.
W jednym przynajmniej pobił piratów na głowę: jego programy są tak sprytne, że gdy ktoś je przerobi podszywając się pod autora, to symulują one pracę. Program znajduje wtedy wirusa i wyświetla napis: jestem kopią piracką, masz wirusa, ale nic więcej ci nie powiem.
I jeszcze jedno: programy muzealne Sella, czyli takie, które mają ponad rok, wyświetlają napis, że co miesiąc powstaje co najmniej 15 nowych wirusów.
— Teraz, odkąd doszły makrowirusy, cieszę się, gdy w miesiącu pojawi się 200 nowych — twierdzi Marek Sell. Norma to 500 nowych wirusów miesięcznie. Jest na czym zarabiać
Fachowcy wolą kasę
Ubywa polskich wirusów. Łapie się ich nie więcej niż 3 do 5 rocznie. Na tę zmianę wpłynęła sytuacja gospodarcza kraju. Programista to człowiek, który może nieźle zarobić. Gdy ktoś już w szkole ma smykałkę do komputerowego fachu, raczej podnosi swoje umiejętności, żeby korzystnie sprzedać je na rynku. Warto — dobry specjalista może zarobić 100 USD za godzinę pracy, a żaden pracodawca nie będzie miał zaufania do takiego pracownika, który po godzinach trudni się pisaniem wirusów. Może przyjdzie mu do głowy wypróbować swoje dzieło na komputerze szefa. Przybywa natomiast wirusów zagranicznych — cóż i pod tym względem staliśmy się światowym narodem.
Wirusy piszą dzieci
Według Marka Sella, wirusy piszą przede wszystkim bardzo młodzi ludzie. Namierzono wśród nich nawet uczniów szkół podstawowych. Głównie to jednak licealiści. Jest i garść studentów. Często wirus jest jak pierwsza czytanka.
— Ot, ktoś skomponował sobie w samotności programik, żeby się nauczyć. I wtedy chce się nim pochwalić. Idzie do mamy, do pracy i korzystając z chwili nieuwagi rodzicielki, wtyka zainfekowaną dyskietkę do komputera. Albo robi to na wycieczce szkolnej do zakładu pracy, albo też walczy z dwoma kolegami z klasy o względy koleżanki — kto napisze lepszego wirusa. Potem trzeba go tylko wypróbować — dodaje Marek Sell.
Natomiast zupełnie nieodgadniony jest motyw pisania wirusa, nad którymi trzech doświadczonych programistów musiało ślęczeć godzinami. Taki egzemplarz dostarczyła Markowi Sellowi pewna kancelaria adwokacka. Przyjechał do Polski aż z Izraela. Firma MKS miała z tym sporo roboty.