Konstytucyjnie w banku centralnym istnieją aż trzy organy: prezes, 9-osobowa Rada Polityki Pieniężnej (RPP) oraz 8-osobowy – tzn. taki jest ustawowy limit – zarząd. Liczebność obu gremiów kolegialnych podałem bez wliczania prezesa NBP, który im z automatu przewodniczy, zatem realnie liczą odpowiednio 10 i 9 osób. Notabene kolejność organów przeniosłem z Konstytucji RP, przyznanie im miejsca drugiego i trzeciego nie jest przypadkowe.
Procedury obsady kadrowej RPP oraz zarządu NBP dosyć istotnie jednak się różnią. Pierwsza została konstytucyjnie rozłożona po równo między obie izby parlamentu i prezydenta, natomiast druga zależy wyłącznie od prezesa banku i prezydenta. Przez ćwierć wieku III RP ta różnica nie przebijała się jednak na zewnątrz, mimo zmieniania się opcji trzymających stery w parlamencie oraz prezydentów. Obecnie jednak nastąpiła głośna eksplozja. Konstytucja ustala, że w skład RPP powoływane są „osoby wyróżniające się wiedzą z zakresu finansów”, ale oczywiście nie rozstrzyga, jak owa wiedza może być wykorzystywana dla oceny polityki pieniężnej oraz generalnie gospodarczej. Z dosyć oczywistych powodów troje członków RPP powołanych w tym roku przez Senat radykalnie różni się w tej ocenie od opinii prezesa Adama Glapińskiego oraz szóstki powołanej przez Sejm i prezydenta. Notabene RPP przez długie miesiące była z wyłącznej winy PiS zdekompletowana, po uzupełnieniu przez Sejm wakatów zbierze się w prawidłowym 10-osobowym składzie planowo dopiero 9 listopada.
Trudno przewidzieć, ile do tego czasu ukaże się jeszcze oświadczeń i kontroświadczeń w relacji personalnej 7:3. W tym tygodniu aż strach otwierać pocztę, by nie trafić na przedziwne komunikaty z centrali NBP, która jest wstrząśnięta wypowiedziami członków RPP z mniejszościowej grupy reprezentującej poglądy opozycyjne. Podważają oni doktrynę prezesa, że z inflacją w Polsce jest super i wkrótce nastąpi dalsza systematyczna poprawa. TVP, zasilana grubymi miliardami drukowanymi poza nominalnym budżetem państwa dzięki mechanizmowi obligacji, prowadzi wobec podważających nakazany optymizm NBP propagandową nagonkę, porównywalną tylko z potępianiem części sędziów Trybunału Konstytucyjnego z 2016 r.

Wszystko to razem tworzy fatalny klimat dla perspektywy wracania rozchwianych rynków finansowych do równowagi. Od początku tzw. dobrej zmiany bankowi centralnemu szczęśliwie udawało się unikać konfliktów, które targały niektórymi innymi naczelnymi organami państwa. W porównaniu z Trybunałem Konstytucyjnym czy Sądem Najwyższym przejęcie władzy w NBP przebiegło wręcz aksamitnie. Wynikało to głównie z okoliczności, że od przejęcia władzy w 2015 r. przez PiS prezesowi Markowi Belce pozostawało do końca kadencji w czerwcu 2016 r. tylko pół roku i nawet nie śmiał pomarzyć o ponownym powołaniu na wniosek prezydenta Andrzeja Dudy. Poza tym Adam Glapiński był — o czym warto przypomnieć — w latach 2010-16 członkiem RPP z nominacji jeszcze prezydenta Lecha Kaczyńskiego i większość jego kadencji pokryła się z kadencją prezesa Belki. W okresie przejściowym tak dobrze współpracowali, że Adam Glapiński wszedł na krótko do zarządu NBP, żeby poznać instytucję od wewnątrz, a nie tylko z pozycji członka RPP, który nie jest przecież pracownikiem. Przypominam okoliczności sprzed sześciu lat z bardzo naiwną nadzieją, że chociaż szczypta tamtego wspólnego myślenia decydentów o polskim złotym w obecnej sytuacji powróci. Niestety, realnie sam w to nie wierzę…
