Marynarka z brylantami jest niepoważna

opublikowano: 11-07-2016, 22:00

Inwestycyjne kamienie mogą być składnikami portfela, ale noszenie ich w kieszeni naraża tylko na straty

Diamenty wcale nie będą wieczne, jeśli inwestor przesadnie wczuje się w rolę potentata rodem z kinowych przebojów na lato i — wyjąwszy z kieszeni sakiewkę z brylantami — będzie podrzucał ją na oczach kolegów. Brawurowe efekty bledną w świetle faktów, że o mechaniczne uszkodzenia jest niespodziewanie łatwo, więc jeśli inwestor planuje zakup kamienia do portfela aktywów, skorzysta, stosując model laissez faire.

KRÓTKI HORYZONT: Złoża australijskiej kopalni Argyle mają się wyczerpać w ciągu 5 lat, a to jedyne źródło naturalnie różowych diamentów, którego produkcja jest regularna.
Wyświetl galerię [1/2]

KRÓTKI HORYZONT: Złoża australijskiej kopalni Argyle mają się wyczerpać w ciągu 5 lat, a to jedyne źródło naturalnie różowych diamentów, którego produkcja jest regularna. ARC

Bielsze nie będzie

Skoro według leseferystów każdy człowiek to homo oeconomicus dążący wyłącznie do zysku, rynek inwestycyjnych diamentów wyjątkowo tu pasuje. Z kamieniami kupionymi po to, żeby drożały, właściwie nic nie trzeba robić, bo największy potencjał mają wtedy, kiedy czekają w pierścionku, szufladzie czy specjalnym przezroczystym etui, ale — co ważne — z gemmologicznym certyfikatem. Jedyny etap, przy którym warto się trochę więcej napracować, to moment wyboru, bo rynek kamieni szlachetnych jest pełny pozorów — w rzeczywistości nie liczy się tylko ilość karatów, trącające się diamenty mogą się ukruszyć, a najcenniejsze z nich to akurat nie takie, którymi obsypywane są filmowe żony gangsterów. Pod względem możliwości wzrostu wartości, ciężkie kolie mieniące się setkami diamencików zajęłyby raczej niską lokatę, bo suma wartości wielu maleńkich kamieni zawsze jest niższa od stawki za brylant odpowiednio większy, ale cały — przy założeniu, że będzie też wystarczająco przejrzysty i właściwie oszlifowany. Jakości nie poznajemy więc po masie, tylko po cenie za karat, przy czym najwyżej cenione przez inwestorów wcale nie są diamenty najbielsze, tylko takie we wszystkich kolorach landrynków. Prawie za każdym razem, kiedy ostatnio padał jakiś aukcyjny rekord, nazwie kamienia towarzyszył zlepek „fancy vivid” oznaczający wyrazistość i nasycenie barwy, a także określenie samego koloru, które też trzeba czytać wedle przyjętego schematu. Przykładowy „vivid yellow orange” to nie to samo co „vivid orange yellow”, bo pierwszy kamień jest pomarańczowy w odcieniu wpadającym w żółtawy, a drugi jest żółty, ale o pomarańczowym zabarwieniu. Paleta mocno gimnastykuje wyobraźnię, ale przełożenie na ceny jest wyraźne, bo bladożółty diament występuje znacznie częściej niż na przykład bladozielony czy niebieski, więc potencjał zwyżki jest odpowiednio niższy. Przyjmując pozostałe kryteria jako stałe, najcenniejsze byłyby diamenty czerwone, bo wydobywane są zdecydowanie najrzadziej, a pozyskanie okazu cięższego niż 2 karaty jest prawie niewykonalne. Wszystko, co czerwieni się w witrynie jubilera, prędzej będzie więc rubinem, a w tanim sygnecie — nawet rubinem syntetycznym.

Różowe i sztuczne

O tym, że syntetyczne kamienie nie nadają się na inwestycję z uwagi na nieograniczonemożliwości podaży, teoretycznie wie każdy, ale nie bez powodu nie brakuje też inwestorów, którzy skusili się na cenową okazję, nie mając później komu sztucznego diamentu odsprzedać. — Za jednokaratowy syntetyczny diament bardzo silnej różowej barwy wystarczy zapłacić 2-3 tys. USD (8-12 tys. zł), podczas gdy jego odpowiednik w barwie naturalnej kosztowałby od 700 tys. USD (2,8 mln zł) do nawet 1 mln USD (4 mln zł). Syntetyczne diamenty są znane od lat 60., ale kolekcjonerską wartość mają wyłącznie te, których nie wytwarza się w nieograniczonej ilości w laboratorium — komentuje Marcin Marcok, ekspert z Mart Diamonds, i dodaje, że przy dobrej naturalnej barwie inwestowanie w nie można rozpocząć właściwie od 100 tys. USD, bo niebieski, zielony czy różowy półkaratowy diament potrafi sporo kosztować, ale jest też łatwo zbywalny. Z czerwcowych transakcji ekspert wymienia chociażby sprzedaż jednokaratowego kamienia w barwie fancy pink, którego cena na krajowym rynku przebiła 540 tys. USD (2,2 mln zł) — głównie dlatego, że nie pochodzi z fabryki, tylko ma certyfikat potwierdzający wydobycie w Argyle. Australijska kopalnia jest najprężniejszym źródłem kolorowych diamentów na świecie, a przy tym jedynym, gdzie kamienie różowe wydobywane są regularnie. Inwestowanie w barwne aktywa opłaca się przecież dlatego, że są rzadkie, więc to, kiedy na rynek trafi kolejny kolekcjonerski okaz, jest kwestią przypadku. O tym, czy kamień będzie niebieski, decydują niewielkie ilości boru, żółty odcień wzmacniają domieszki azotu, a zielone diamenty zielenią się na skutek naturalnego napromieniowania. Sprytny laborant jest bardziej przewidywalny, bo na zamówienie wyprodukuje każdy — w dodatku bez zanieczyszczeń i spokojnie w bryle o masie kilkunastu karatów. Jeśli więc potrzeba podrzucania woreczka brylantów jest silniejsza od chęci zarobku, lepiej już kupować syntetyczne, pamiętając przy tym o regule, że ukruszenie wymaga ponownego oszlifowania, co powoduje kolejny ubytek masy. Kiedy diament ma kilka karatów, strata 1 ct. nie jest przy tym aż tak poważna jak na przykład w newralgicznym przypadku 10,5 ct., w którym taki ubytek przenosi kamień do umownej kategorii poniżej 10 ct. Zgodnie z ideą lesefertystów, prawdziwy homo oeconomicus nie postąpiłby jednak w ten sposób, bo wiedziałby, że na rynku syntetycznych diamentów najważniejsze jest to, żeby ze wspaniałej oferty po prostu nie skorzystać.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy