Rzecz pewnie nie jest godna kolejnej polemiki, ale dobre obyczaje nakazują, by odpowiedzieć, jeśli zaczepiają.
Pan Rafał Bauer, były prezes Vistuli, broni na łamach wtorkowego "PB" swojej decyzji o kupieniu lamborghini za pieniądze akcjonariuszy i twierdzi, że ono oraz podobnie nabyte ferrari znakomicie reklamowały brand Vistuli. Nie mnie oceniać skuteczność takiej reklamy, choć broni jej pan Bauer, przytaczając filmiki na YouTube. Powiem panu, że widziałem też "nasze" lamborghini i na Naszej klasie.
Panie prezesie, to już nie marketing, to pranie sumienia.
Za jedną tylko ratę leasingową tego auta można przecież wykupić solidną, całoroczną kampanię w internecie.
Nie mnie oceniać, czy zadłużona na 300 mln zł firma powinna ponosić na działania marketingowe wydatki w postaci zakupu i utrzymania luksusowych samochodów. Żałuję jedynie, że zatrudniony wcześniej Pierce Brosnan nie spowodował lawinowej sprzedaży garniturów Vistuli, bo może wydatki marketingowe byłyby choćby w części zrekompensowane. Ale nawet 007 z tak zarządzanym biznesem nie dał rady.
Pisze pan prezes Bauer, że powinienem, jadąc lamborghini nie tyle doznawać wstydu, co zachowywać się, jak TurboDymoMen. Panie prezesie, ja nie jestem człowiekiem wymyślonym. Ja nie jestem żadnym tam spin doctorem, za którego pan chciałby uchodzić. Mam za to coś, co w sobie cenię — szacunek dla moich akcjonariuszy i ich pieniędzy, więc za swoje ekstrawagancje — a mam ich niemało — płacę sam.
Z pana listu wynika, że jest pan pewien, iż zakup tych samochodów był znakomitym pomysłem. Jest pan dzisiaj większościowym udziałowcem Range Age, który to brand zdaje się być kontynuacją pana marzeń o stworzeniu w Polsce firmy kreującej światowe trendy (wiem o tym z "Forbes").
Będę — jako znający się trochę na współpracy z wieloma mar-
kami — przyglądał się pana marzeniu o budowie polskiego
LVMH i jeśli wciąż pan uważa, że właśnie lamborghini
najlepiej nadaje się do promowania rodzimych marek — chętnie odstąpię, za bardzo dobrą cenę — owe żółte cacko. Ferrari dodam gratis. I niech się TurboDymoBauer bawi dalej
— byle za własne pieniądze.