Mecenas wewnętrznie poruszona

Karol Jedliński
opublikowano: 2007-03-15 00:00

Podoba się, to kupuje. Nierzadko głośne, światowe nazwiska. Teraz publiczność przekona się, co pokaże Grażyna Kulczyk w prywatnym muzeum sztuki nowoczesnej.

W niedzielę po raz pierwszy można zobaczyć GK Collection # 1. To bynajmniej nie nowa linia modnych ciuchów jednego z dyktatorów mody, lecz wystawa części obrazów, fotografii, rzeźb i instalacji ze zbiorów Grażyny Kulczyk. Ot, powiedzą niektórzy, cóż za nowość. Obrazy szkoły paryskiej ze swoich zbiorów prezentował przecież Wojciech Fibak, byli też łódzcy biznesmeni, bracia Bieńkowscy, z wystawą w Orońsku. Tyle że GK Collection # 1 jest zalążkiem pierwszego w Polsce prywatnego muzeum sztuki współczesnej. A jak na zalążek, prezentuje się imponująco.

— Wybierając obrazy, kieruję się głównie pierwszym wrażeniem. Lubię sztukę, która mnie wewnętrznie porusza — zaznacza Grażyna Kulczyk.

Wielu na pewno polubi jej estetyczne wybory za to, co imponuje już na pierwszy rzut oka.

Gwiazdy i pretendenci

Przede wszystkim miejsce akcji: pięć galerii w dwóch budynkach Starego Browaru w Poznaniu. Bite setki metrów kwadratowych, na których znajdzie się ponad setka dzieł sztuki. W ośmiu odrębnych przestrzeniach, salach tematycznych. Większości nazwisk nie trzeba wyszukiwać po encyklopediach. Są po prostu znane. Obok głośnych na całym świecie autorów nie brakuje jednak tych dość anonimowych.

— W kolekcji znajdują się dzieła polskich i zagranicznych gwiazd sztuki. Obok klasyki nowoczesności obejmuje ona także prace wielu wybitnych młodych polskich artystek i artystów — podkreśla Paweł Leszkowicz, kurator poznańskiej wystawy.

Dla Starego Browaru sztuka to nie pierwszyzna. W jego murach zorganizowano już kilkadziesiąt wystaw, a kupujący kwiatki, szmatki czy bławatki, chcąc nie chcąc, od sztuki nie uciekną. W hallu na parterze trudno nie zauważyć rzeźby Igora Mitoraja, gdzieniegdzie są instalacje Alessandra Mendiniego, a słupy zajmują malowidła Leona Tarasewicza.

— Wydawanie pieniędzy na sztukę nowoczesną, której jeszcze nie zweryfikował czas, na pewno wymaga odwagi i wyobraźni — powtarza Grażyna Kulczyk.

I kupuje dalej. W zbiorach nie ma żadnego Kossaka. A przecież to jego obrazy od lat osiągają najwyższe ceny na krajowych aukcjach. W Starym Browarze będzie być może to, co w niedalekiej przyszłości trochę się postarzeje, stanie się klasyczne i dzięki temu droższe. A rytm temu procesowi, zdaniem znawców rynku, będzie nadawać właśnie Grażyna Kulczyk.

— Do wszystkiego trzeba dojrzeć. Jestem pewna, że niedługo chętnie będzie kupowana sztuka współczesna — przekonuje.

Galeria w garażu

Wśród marszandów krąży historia o tym, jak to poznańska bizneswoman ozdobiła gabinet dziełami ekspresjonisty Eugeniusza Markowskiego. Z dnia na dzień obrazy tego artysty osiągnęły ceny od 40 do 50 tys. złotych. Biura, korytarze firm, w których urzęduje Grażyna Kulczyk, to od lat synonim wnętrz pełnych sztuki. Co tam wisi, staje się modne i niekoniecznie tanie.

— Z czasem dzieła sztuki zaczęły wypełniać moje biura, a w salonie Volkswagena i Audi w Poznaniu promowałam sztukę młodych artystów, którzy długo musieliby czekać na wystawy indywidualne — przyznaje poznańska kolekcjonerka.

Zbiory rozpoczęła na początku lat 90., kupując klasyków polskiego malarstwa: Malczewskiego, Nowosielskiego, Kantora. Pierwszy zagraniczny zakup to uznany hiszpański mistrz Antonio Tapies. Z nie byle jakiej aukcji, bo w londyńskim Sotheby’s. Wybrała przez telefon, na podstawie katalogu. Czyli z lekka spontanicznie, choć bez pudła.

— Nie rozczarowałam się, płótno okazało się lepsze niż reprodukcja — mówi Grażyna Kulczyk.

Otaczała się dziełami wyłącznie w swoim domu. Z czasem jednak zabrakło po prostu ścian. Sztuka wyszła do ludu. Te w salonie Volkswagena ochrzczono „galerią w garażu”.

— Później organizowałam ekspozycje w wynajętych salach. Wydarzeniem była choćby wystawa Mariusza Kruka, którą zrobiłam w Muzeum Archeologicznym, później nawet przeniesiono ją do Zachęty.

Eksperyment w barterze

Obwieszając pracami biurowe korytarze, chce też edukować pracowników i kontrahentów, bo jej zdaniem sztuka korzystnie wpływa na charaktery.

— Nie wyobrażam sobie pracy bez artystycznego otoczenia — wyjawia Grażyna Kulczyk.

GK Collection # 1 to sygnał, że teraz wzięła się do szlifowania wnętrz dla szerszej publiczności. Wymiar merkantylny kolekcjonerstwa jest jej obcy. Podoba się, to kupuje, choć oczywiście nie za każdą cenę, a sprzedawać kolekcji nie zamierza. Pokazywać za granicą — jak najbardziej, najlepiej na zasadzie barteru z którymś z zagranicznych mecenasów. Z tym raczej nie będzie problemu, bo zbiór Grażyny Kulczyk uważany jest za najważniejszą kolekcję w naszej części Europy.

— Jako kolekcjonerka ceni eksperyment, głębię i odwagę sztuki — uważa Paweł Leszkowicz.

Promuje młodych zdolnych, ale nie zapomina o głośnych nazwiskach z Azji, Afryki czy z obu Ameryk. Dlatego we Francji czy w USA jej wystawa też przyciągnie ludzi. Jest Warhol, Mariko Mori, Zhang Huan, Vanessa Beecroft czy Thomas Demand i Candida Hofer. Niektórzy z nich to symbol artystów odważnych, odkrywczych, nierzadko skandalizujących. Dla sceptyków to raczej symbole artystycznego pustosłowia, wspartego golizną.

Mroczne przenikanie

Tak czy siak, wystawa GK Collection # 1 nikomu nie będzie się chyba kojarzyć z ziewającym kustoszem i znudzoną szatniarką na tle letnich płócien. Choć w całości jest element nawiązania do tradycji.

Grażyna Kulczyk kontynuuje dawny gest wielkich fabrykantów kolekcjonerów, takich jak Leopold Kronenberg, Henryk Grohman czy Leopold Wellisz — na takie porównania pozwolił sobie jeden z tygodników.

W ostatnich latach państwowe muzea nie miały pieniędzy na zakupy. Prace Kozyry, Nieznalskiej, Opałki, Kantora, Dwurnika, Starowieyskiego, Malczewskiego i Abakanowicz trafiały głównie w prywatne ręce. Nierzadko kobiece.

— Kolekcje, takie jak moja, będą wypełniać powstałą lukę — zaznacza Grażyna Kulczyk.

I zaprasza, by zobaczyć owoce jej pasji. Zacząć można na dwa sposoby. Pierwszy to wejście od sal religii i perwersji. Gdzieś tam przenika się katolicka ikonografia i mroczny erotyzm.

Przyciąga perwersyjnym powabem. Z drugiej strony można rozpocząć spotkanie ze sztuką trochę łagodniej, od sali biblioteki, gdzie wyeksponowany zostanie związek między słowem i obrazem, sztuką i literaturą, książką i dziełem. W tym miejscu swoje wersje księgi i biblioteki prezentują Jan Berdyszak, Andrzej Szewczyk czy Franciszek Orłowski. A dalej sale rzeźby cielesnej, aktu, przedmiotu, mody czy muzealna.

— Czuję, że dzięki kolekcjonerstwu mam większą odwagę i wyobraźnię w przedsięwzięciach zawodowych — przyznaje Grażyna Kulczyk.

I taką też energię mają dostać skuszeni artystycznymi wyborami poznańskiej kolekcjonerki. n

Człowiek orkiestra

Tadeusz Kantor (1915-1990) w sztuce był niczym człowiek orkiestra: pisarz, teoretyk sztuki, reżyserował, tworzył happeningi i scenografie. Grał we własnych przedstawieniach, wykładał na krakowskiej ASP. Inspirował go konstruktywizm i dadaizm, a także malarstwo informel i surrealizm. Na świecie znany głównie jako wybitna osobowość teatru, twórca własnej grupy teatralnej Cricot i spektakli naznaczonych, jak piszą znawcy, „doświadczeniami konsekwencji skomplikowanego prywatno-publicznego, galicyjskiego rodowodu”. Gdzieś w tej dynamice znajdował czas na malarstwo. W latach 70. powstał m.in. obraz „Deux Personnages heterogenez”, który dziś jest częścią kolekcji Grażyny Kulczyk. Do zobaczenia na żywo w Starym Browarze.

Zdeformowane kolory

Ekspresjonista Eugeniusz Markowski, rocznik 1912. Przez lata dziennikarz i dyplomata we Włoszech i w Kanadzie. Debiutował pod koniec lat 50., kiedy wrócił do kraju. Głównym bohaterem jego „dzikich” obrazów, jak np.„Pocałunek”, są zazwyczaj zdeformowane postacie ludzkie. O jego kolorach krytycy mówią z uznaniem, że są „podniecone”.

Każdy będzie sławny

Andy Warhol, syn słowackich imigrantów, zmarł dwadzieścia lat temu w wieku 58 lat. Zasłynął przede wszystkim jako najwybitniejszy przedstawiciel pop-artu. Znany jest głównie jako „gość od puszek z zupą”, czyli prostych i seryjnych kompozycji o wysokim kontraście kolorystycznym, do których używał techniki serigrafii. Powstały w ten sposób sitodruki przedstawiające produkty z amerykańskiej lodówki, ale także portrety znanych, jak Marilyn Monroe i bogatych mecenasów. To był przełomowy rok 1962. Potem w życiu Warhola było trochę skandali, rana postrzałowa i kilkadziesiąt przeciętnych filmów oraz kilkanaście lepszych bon motów. Na przykładach taki: „zarabianie jest sztuką i praca jest sztuką, a dobry biznes jest najlepszą sztuką” czy „w 15 minut każdy będzie sławny”.

Zdjęcia spod płaszczyka

Klimat zdjęć Thomasa Demanda, 43-letniego Niemca, określa się zazwyczaj jednym słowem: nieskazitelne. Mozolnie i pracowicie przygotowuje plan zdjęciowy, konstruując go z kartonu i papieru. Pod płaszczykiem suchej, wyzutej z emocji fotografii odnosi się do bieżących wydarzeń politycznych i kulturalnych, czyli sztuka dla spostrzegawczych.